wtorek, 24 października 2017

Od Papa Dance do "Ósmego cudu świata"



Kiedy Zosia wpadła na genialny pomysł, by w konkursie na stronie autorki Magdy Witkiewicz zaproponować, żebym to ja dostała trzymiesięczny dostęp do Storytela, nawet o tym nie wiedziałam. Ona chciała mnie oczywiście ratować, napisała więc, że w drodze do Berlina grozi mi słuchanie Papa Dance. Groziło. 'Książę miał piękną żonę' od tygodnia i w głowy nie mogłam wyrzucić tej okropnej piosenki od tego czasu, a jak mówią specjaliści - chcesz się pozbyć z głowy piosenki? Przesłuchaj ją od początku do końca, (szczegół, że mąż zabiłby mnie śmiechem, a dzieci patrzyłyby na mnie jak na UFOka z księżyca - mamo, to dicko polo? słuchasz popu? coś ci jest?).
Papa Dance to jakiś mało istotny fragment dzieciństwa i niezwykle interesujące jest to, że właśnie kiczu najtrudniej pozbyć się w pamięci. Nie wierzycie? Na pewno pamiętacie reklamy, zbliżone do was wiekiem :) tego się po prostu nie da uniknąć. (Przykłady? Pulokolor 89, szampon Kundelek, pij mleko, czy prusakolep)
Ale o czym to ja chciałam... A ! Już wracam do sedna. Storytel.
Moją pierwszą odsłuchaną lekturą było rozkładające mnie jak kanapę ze śmiechu "Lustereczko..." Alka Rogozińskiego, ale o tym już pisałam. Potem zabrałam się za "Ósmy cud świata" Magdy Witkiewicz. Zaczęło się tak spokojnie i cudownie, że dwa dni z rzędu zasypiałam podczas słuchania. Było mi dobrze i błogo. Doskonała lektorka o głosie odrobinę zbliżonym do samej autorki i doskonałej dykcji snuła ciepłą opowieść, a główna bohaterka co chwilę to zyskiwała i traciła w moich oczach. Była taka prawdziwa, że chciałam ją udusić i przytulić. Wnerwiała mnie brakiem zdecydowania, zaciekawiała odrobinę pokręconą moralnością, bo z jednej strony żyła z Jackiem bez zobowiązań a z drugiej nie wiedziała, czy powinna postąpić z Tomaszem, jak wietnamskie kobiety po wojnie. Miała skrupuły tam, gdzie milion innych dziewczyn machnęłoby ręką i nie miała ich w miejscach, gdzie zaczyna się społeczny ostracyzm w małych miejscowościach - cóż ona na szczęście była z Gdańska. :)
 Anka jest rzeczywista, podobna po trosze do każdej z nas. I ma takie zwykłe marzenia. Najzwyklejsze. Są jeszcze w jej życiu: Jacek którego nie potrafi pokochać oraz Tomasz z którym ma trzy światy i pół Ameryki, a do tego zwiedza z nim najpiękniejszą z zatok na ziemi. Część powieści opowiedzianą z punktu widzenia Tomasza czyta doskonały lektor. Ma taki głos, że uh!  (Same wiecie.)  Początkowo miałam wrażenie, że facet czyta przez mocno zaciśnięte zęby, ale po kilku minutach to uczucie zniknęło, a powieść nabrała niezwykle męskiego charakteru. To doskonały zabieg, który jest wyjątkowo przyjemny w odbiorze.
Co jeszcze mogę Wam powiedzieć o "Ósmym cudzie świata"? Pokochacie Wietnam. Zachwycicie się jego przysłowiami, od których rozpoczynają się kolejne rozdziały i legendami, tak innymi od naszych, a jednak cudownym. Magdalena oczaruje was opisami wycieczki, rejsu statkiem, a nawet wietnamskich ulic. Gdybym miała teraz, w tej chwili wybrać się na wycieczkę, bez wątpienia celem podróży byłby właśnie ten mało u nas znany kraj. Królowa happy endów, mistrzyni dobrych i doskonałych zakończeń i snucia ciepłych, emocjonujących opowieści nie zapomniała też o zabawnych fragmentach, ale żeby nie psuć Wam niespodzianki, nie powiem, co takiego można robić na ginekologicznym samolocie. :)
Nowa powieść Magdaleny Witkiewicz to klimatyczna podróż nie tylko po świecie, ale i naszej psychice. Odnajdziecie tam fragmenty siebie, może nawat własne obawy i wątpliwości. Daję słowo, to będzie dla Was przyjemna wyprawa.  
I wiecie co, gdybym wiedziała, że słuchając w aucie "Ósmego cudu świata" będę jechała tak spokojnie i płynnie, że mi dziesięciolatka uśnie po drodze, gdybym wcześniej odkryła, że słuchając człowiek przestaje gnać, nie łamie przepisów i jeździ trochę jak na emeryturze nie spiesząc się nigdzie, już dawno wzięłabym przykład z tych wszystkich, którzy słuchają za kierownicą.
To naprawdę taki mały cud, może nie ósmy, ale maleńki, nie czuć presji na drodze i wypoczywać, prowadząc.

środa, 18 października 2017

Nocka - opowiadanie.




Właśnie miał się walnąć, by odespać i nockę w robocie i bibkę przed nią, ale telefon rozdzwonił się dźwiękiem tłuczonego szkła. W życiu by nie odebrał, gdyby nie to, że dzwonił jego wuj i szef w jednej osobie. Dobrał mu ten dzwonek idealnie.

Ostatnio dość często i regularnie wuj zatruwał mu życie. Tym razem gniewnym głosem warknął, że chce go widzieć za dziesięć minut w biurze, i nie było wyjścia. Jeszcze lekko wstawiony Robert przeczesał włosy rękami i wsiadł do własnego auta jakby zapominając, że dopiero przed kwadransem wrócił do domu taryfą, bo uznał, że nie powinien prowadzić. Dopiero na miejscu, w firmie zorientował się, że przyjechał w laczkach. Pełen obciach z tego pośpiechu.


Wuj wskazał mu dłonią fotel naprzeciwko, ten mniej wygodny, ustawiony specjalnie dla petentów, który sprawiał, że przychodzący pracownicy nie czuli się dobrze, ani komfortowo rozmawiając z górującym nad nimi szefem, rozpartym jak wypchany jastrząb lecz zamiast na ścianie, w wygodnym skórzanym siedzisku pachnącym migdałowym olejkiem do pielęgnacji skóry. Chłopak chętniej zająłby miejsce na kanapie, ale szef, to szef, nawet, gdy wuj. Usiadł i od razu się poprawił. Plastikowa podróbka rattanu była koszmarnie niewygodna.


Robert trochę się denerwował. Często miał coś na sumieniu, ale wiedział, jak ma się bronić i za co dostanie reprymendę, tym razem niestety, nawet się nie domyślał.

Bogusław wyjął z szuflady dwie szklanki, nalał na dwa palce złocistego Napoleona i pchnął jedną w kierunku młodego.

- Powiedz mi, Robuś, ile razy rozmawialiśmy o tym, że nie wolno pukać pracownic? Sto razy? Tysiąc razy? Powiedz mi chłopcze, dlaczego jesteś taki oporny na przyswajanie zasad? Masz prawie trzydzieści lat, a jesteś głupszy, niż jamnik twojej babki.

Młody mężczyzna miał bardzo zdziwioną minę, ale wiedział, że póki co wszystkie kierowane do niego pytania są retoryczne i próba odpowiedzi na którekolwiek z nich właśnie teraz byłaby wielkim błędem. Najpierw należało wysłuchać mowy oskarżyciela, dopiero potem można było zabierać głos. Wuj zachowywał się zupełnie tak samo, jak jego matka. Nic dziwnego, przecież byli rodzeństwem.

- Co takiego się stało, że żelazna zasada, która mamy w tej firmie od lat i którą wprowadziłem po to, by twój durny ojciec nie zdradzał mojej siostry przynajmniej w zakładzie pracy, zasada, którą znasz jak język ojczysty, którą z całą mocą zawsze popierałeś, nagle ci zbrzydła? A skoro już się stało, dlaczego ja muszę zawsze dowiadywać się wszystkiego w sposób tak żenujący, że aż brak mi kłamstw na twoją obronę? Czy ci matka, durniu, przy porodzie na głowę usiadła? Wiesz jakie mogą być tego konsekwencje? Nie stać cię na nie! Mnie nie stać! Firmy nie stać pacanie! Robert, ty skończony idioto! Jesteśmy na samym dnie leja po bombie! Po cholernej koreańskiej atomówce! Oczywiście już wiem jak nas z tego wyciągnąć, ale najpierw chcę wiedzieć, jak w to gówno wlazłeś.

- Nalej mi jeszcze, wujku. W gardle mi zaschło.

- Wody se nalej, gówniarzu! - komentował Stefan dolewając młodemu Napoleona. - Kto nie umie, nie powinien pić.

- Nigdy nie mówiłem że umiem pić, toteż nigdy nie piję w pracy.

- Jeszcze tego brakowało! - Pieklił się nadal wuj.

- Przerywasz mi, a podobno chcesz mnie wysłuchać - rzucił sarkastycznie i dał rozmówcy czas na przełknięcie palącego w gardło trunku. - Wszystko to – zaczął wolno bawiąc się szklanką - cała ta rozdmuchana historia, to tylko drobny incydent, którego to ty jesteś głównym sprawcą. To po prostu niemal w całości twoja wina i pora, byś w końcu sam przyjął to do wiadomości.

- Bezczelny gówniarz! - mężczyzna był wściekły, ale młody jak zwykle go zaintrygował. Ta jego cholerna błyskotliwość mogłaby zaprowadzić go bardzo wysoko, gdyby nie to, że wciąż zdarzały mu się głupie wpadki.

- Pomyśl sam. Dałeś mi wolne. Nawaliłeś i zmusiłeś mnie, żebym przyjechał do roboty prosto z baru, w dodatku na nockę. Od dziewiątej do dziesiątej czterdzieści można w doborowym towarzystwie wychylić więcej niż kilka głębszych, ale to pewnie sam wiesz. Przyjechałem taryfą, grzecznie i bez sprzeciwu, jak kazałeś. Praca od razu nabrała rumieńców jak cnotka w konfesjonale na myśl o grzechach własnych, bezpruderyjnych dłoni. W hali zawrzało na chwilę i zaraz równowaga wróciła. Wszystko było jak zawsze. Nudy. Siedziałem w biurze zniechęcony, znudzony i coraz bardziej wściekły na ciebie, że mi popsułeś tak dobrze zapowiadający się wieczór. Przez szybę gapiłem się na to stado starych wron myśląc, do czego by się tu przyczepić. Wiesz dlaczego zasada, by nie pukać się w pracy do tej pory zawsze działała? Bo wszystkie pracownice były ode mnie starsze. Albo brzydkie. Albo w ciąży. - wymieniał pokazując to na palcach, jakby wyliczał powody - Ale teraz nie są. Przyśniło ci się, że podratujesz produkcję w sezonie urlopowym, jak przyjmiesz na wakacje panienki od razu po liceum. I to był twój kolejny błąd. Już drugi wujaszku. A potem wśród starych wron zobaczyłem taką słodką wypiętą dupkę i zacząłem myśleć, że może ten wieczór nie skończy się tak najgorzej i postanowiłem… powiedzmy... zrekompensować sobie straty. Ani ona ładna, ani brzydka. Prawie bez cycków. Wyglądała jak dziecko, ale ta wypięta dupka, no cóż. Doskonale wiesz o czym mówię. Wyobraźnia sama pracuje trybik za trybikiem, aż wszystkie elementy układanki złożą się w wykonalny plan. A ten był bardzo wykonalny. Właściwie, wuju, nie masz się o co czepiać - sam bezczelnie dolał sobie Napoleona. - Byłem dyskretny. Nawet bardzo. Powiedziałem na hali głośno i wyraźnie, że nienawidzę nocek i kto skończy swoją robotę może iść do domu. To było cudowne posunięcie. Nawet nie wiesz, jak te wrony potrafią się sprężyć. Produkcja im fruwa. Wyobraź sobie, że niektóre zaczęły wychodzić już po piątej. No ale zwierzyna nie mogła mi uciec przecież, więc około szóstej wyłączyłem bezpiecznik w jej maszynie i cóż… musieliśmy to naprawić. I naprawiliśmy tuż przed tym, nim przedostatnia z wron posprzątała maszynę i prysnęła do domu. A gdy zostaliśmy sami musiałem już tylko być przekonujący. To nie takie łatwe, gdy błądzisz po omacku i nie wiesz, co to za jedna, ta sztuka. Z tą było o wieeelkieeej miłości. Była taka zawstydzona. Nie uwierzył byś. Tak, strasznie ją kocham podobno i aż do pierwszego włożenia, no i nawet odwiozłem ją taksówką na osiedle. Czułem się jak dżentelmen przez całe pięć minut a potem zadzwoniłeś ty.  - prychnął sarkastycznie – Nadal nie wiem jednak, skąd o tym wiesz. Przecież sam powiedziałeś, że w biurze nie ma monitoringu, a do tego wyłączyłem niemal całe światło. Prawie całe, bo sobie chciałem na tę dupcię popatrzyć, no to opowiadaj. Skąd wiesz?

- Za dziesięć siódma pojawiła się u mnie w biurze jej siostra. Była wściekła jak doberman na łańcuchu. Tak się składa, że ona jest szefową związków zawodowych i do niedawna była też prawną opiekunką tej młodej. Powiedziała, że po dzisiejszej nocce dziewczyna stwierdziła kategorycznie, że nie idzie na wymarzone studia, tylko zostaje w firmie, bo się jej przydarzyła wielka miłość i niespodziewana, szalona namiętność. Nawet nie spytam co ty jej zrobiłeś. Podobno jest twoją dziewczyną i nie chcecie się rozstać, więc studia jej już nie interesują.

- Fiu fiu, ale jej nałgałem. No i jakaś mało rozgarnięta ta laska, ale z braku laku, sam wiesz...

- Sroczyńska powiedziała wyraźnie, że nie wie, jak to zrobisz, ale młoda ma chcieć iść na studia i masz jej nie złamać serca. Brzmi tak bardzo po babsku, że ledwie mi to przez gardło przechodzi. Zarzuciła ci uwiedzenie. Jeśli skrewisz, nie tylko będziemy mieć sprawę o molestowanie w miejscu pracy, ale też o to, że wykorzystałeś jej zależność jako szef. Do tego związki zrobią mi w firmie taki burdel, że nie będę wiedział jak się nazywam. Kontrole zjawią się wszelkie naraz począwszy od sanepidu, a skończywszy na skarbówce. A nas na to nie stać.

- Zapłaciłeś jej?

- Ani grosza.

- Przecież powiedziałeś, że znalazłeś wyjście z sytuacji.

- Jasne. Wcisnąłem flądrze kit o tym, jak strasznie jesteś zakochany w tej młodej, jak jej tam… no jak ten dzieciak ma na imię?

- Skąd mam wiedzieć? Mówiłem do niej jakoś tak zwyczajnie, chyba kochanie.

- Jesteś beznadziejnym przypadkiem, zupełnie jak twój ojciec. W każdym razie plan wygląda tak, że jesteś zakochany w tej małej, czy tego chcesz, czy nie. Ona ma iść na studia i to ty masz ją do tego nakłonić. Nie obchodzi mnie jak to zrobisz, niech się sama odkocha za miesiąc, może dwa. W dupie mam jak. Masz kłamać jak dotychczas. Jesteś w związku z małolatą, bo nie mamy kasy na łapówki dla tych wszystkich kontroli, ani podwyżki, bo związki tak chcą. Idziesz zaraz do kadr. Wyciągasz CV młodej Sroczyńskiej, adres, telefon i imię i starasz się ją oczarować. Aha, kwiaty jej jakieś wyślij. Jasne? A teraz precz! Wynoś się. Wciąż mam przez ciebie kłopoty. Kiedy twój ojciec prosił, bym się tobą zajął, nie sądziłem, że będę cię niańczył do trzydziestki.

Robert wstał i z wolna wychodził z biura wuja.

- To jest bardzo zły pomysł. Będziesz tego żałował i ja też.

- Nie pytam cię o opinię. Zjeżdżaj stąd. I taksówkę weź!

Robert wyszedł przed budynek. Wyjął z kieszeni ciemne okulary bo oślepiło go poranne słońce. Na postój taksówek miał jakieś pięć minut marszu, a z kieszeni wystawało mu ksero CV jednorazówki, którą to on miał teraz niańczyć przez własna głupotę. Wkurzony, maszerowałby energicznie, gdyby nie to, że raczej szumiało mu w głowie.

Nie chciał tego. Nie chciał kłamać i kręcić. Już dość nałgał. Nie podobało mu się, że miałby zwodzić tę małą, jak jej tam… rozłożył kartkę... Gracja – przeczytał. Kto daje dziecku na imię Gracja? Myślał o tym, że pewnie panna jest po prostu naiwniejsza od rówieśniczek i uwierzyła w taki absolutnie podstawowy makaron nawijany na uszy, że teraz musi jej powiedzieć jej prawdę, wytłumaczyć, może nawet przeprosić. Zwalić wszystko na alkohol. Tak to sobie szybko zaplanował, że nawet nie wiedział kiedy wsiadł do taksówki i podał adres do domu. Już wybierał jej numer, by zadzwonić i spróbować wszystko odkręcić, gdy ponownie zadzwonił wuj.

- Halo? Robert, wiem, że chodzi ci teraz po tej pustej głowie, by prawdę powiedzieć tej małej. Zanim to zrobisz, zastanów się, kto spłaci twój kredyt na mieszkanie i samochód, gdy wyrzucę cię z firmy na zbity pysk? Nie żartuję. Dostaniesz, gdzieś bez koneksji, kierownicze stanowisko po dyscyplinarnym zwolnieniu? - odpowiedź nie padła - Konsekwencje, chłopcze! Co się raz puknęło, tego się nie odpuka.



(Tymczasem obie Sroczyńskie cieszyły się, że ich plan działa i wkrótce za kasę sponsora wyremontują sobie mieszkanie)


niedziela, 8 października 2017

Naszeptała mi do ucha: "Lustereczko, powiedz przecie"






Jak często zdarza się Wam, że gdy tylko zaczniecie przygodę z nową książką od razu, od pierwszych słów robi się Wam dobrze, zabawnie i serdecznie a do tego ironicznie i mądrze?
Tym razem nie przeczytałam ani słowa, przyznaję się. Całą książkę przesłuchałam, choć trwała dobrze ponad siedem godzin. I co? Wiem na pewno, że chociaż uwielbiam czytać, słuchanie też jest spoko.
Moja lektura do wysłuchania rozpoczęła się od oświadczenia autora, które wprawiło mnie w szampański nastrój i nie uwierzyłam ani słowu, mówię Wam, nie wierzcie ani jednemu. Założę się o dobry browar, że Alek Rogoziński wcale nie wymyślił tych wszystkich postaci, choć uparcie tak twierdzi. On je po prostu zna! Pewnie mieszkają gdzieś blisko. (Alek pozdrów Mario – jest boski). Potem jak to u Rogozińskiego do łez ze śmiechu doprowadził mnie krótki i miejscami dosadny opis postaci – od początku orientujesz się, kogo polubisz, a kogo nie i  dopiero, gdy wiesz, już z kim masz do czynienia, zaczyna się intryga.
W intrygach jestem boska. Zawsze przed końcem historii wiem kto co z kim i dlaczego. No tak mam i już, film „Kanion” jest w tej dziedzinie wyjątkiem potwierdzającym regułę. Czy szybko domyśliłam się co i dlaczego się wydarzy? No, niestety, tym razem nie bardzo. Może byłam pół kroku przed Darskim, którego uwodzi własna narzeczona, może pół kroku przed Pepe, który trafił do terapeuty, by uzmysłowić sobie, że jest zły na swoją mamę, że nie kupiła mu w dzieciństwie waty na patyku, ale nie przed Różą, co to, to nie! Róża co prawda znów ma niemoc twórczą i nie pisze, ale za to zagadki rozwiązuje jak Cojak i to w jakim pięknym towarzystwie!
Spotkanie ze znanymi już z doskonałego poczucia humoru postaciami ubarwiła tym razem moherowa gosposia, która świętych zna na pamięć wszystkich, a w butelce po Pani Walewskiej nosi wodę święconą, by pokropić nią fotel na którym siedział Darski, który jest tak piękny, że musi być diabłem. Do tego pani starsza na oczach Pepe niszczy z zapamiętaniem sprzęt kuchenny, doprowadzając go do tak zwanego porządku (sprzęt, Pepe raczej tylko do zgrzytania zębami na sam widok)
Co was zaskoczy? No proszę! Gdybym powiedziała nie byłoby niespodzianki, ale mogę was uprzedzić, że Pepe bywa dzwoneczkiem, Róża ląduje w historycznym wychodku i że gdy już traficie na jedenastominutową wersję „Chwalcie łąki umajone” w aranżacji Klaudii Hutniak, to koniec książki będzie Wam dyszał za plecami.
Język jakim posługuje się Alek Rogoziński, jego poczucie humoru i barwne postacie, które stworzył sprawią, że nie wiedzieć czemu książka skończy się wam tuż po tym, jak się zacznie. Jeśli jednak jak ja zdecydujecie się na audiobooka, czytać Wam go będzie Paulina Holtz, i zrobi to po mistrzowsku. To rozrywka idealna w każdej formie, więc nie przestanę polecać.
Bawcie się dobrze i pamiętajcie, że wybuchanie śmiechem w środku nocy, gdy w domu jest absolutna cisza, grozi tym, że domownicy zaczną się zastanawiać, nad Waszą kondycją psychiczną.

niedziela, 10 września 2017

"Przypadkowy detektyw" - Po raz pierwszy przedpremierowo


No i lipa. Jest po pierwszej w nocy, a ja mam nadal nie ufarbowane włosy. Ba! Żeby tylko! 
Prócz tego przypaliłam gazem swoją ulubioną łapkę do trzymania garów, bo w jednej ręce trzymałam laptop, a drugą smażyłam mięsko. A wszystko przez pewnego faceta, który jest tak zwykły, że aż niezwykły i ma żonę tak nieprzeciętnie przeciętną, że aż miło. Dziwnie brzmi? Ha! Ale taka jest prawda!

Maciek jest negocjatorem stulecia. Nikt tak jak, on nie przekona górali, że zgrzewka browarka na zapojkę to dobry pomysł, daję Wam słowo! Co mogę jeszcze powiedzieć, o panu fajnym? Ma charakter. Jak postanowi, że dziś nie da się zabić lawinie, a co najwyżej jutro, to zawsze dotrzyma słowa. Taki jest! Co prawda cierpi na chroniczną goń myślową i to w nocy, gdy powinien spać, ale i potrafi wyjaśnić jak samiec, dlaczego to snowbord budzi jego zaufanie, a nie narty.

Maciek jest wydawcą. Przed nim poważna życiowa decyzja. Niby już ją podjął, a nawet skonsultował z lekarzem, farmaceutą i własną żoną, ale do pełni szczęścia poszusowałby na swojej ukochanej desce, by w cholerę pognać cały związany z tym stres. Zrobiłby to, gdyby nie lawina, a właściwie dwie małe, wredne lawiny, które, skubane, uwzięły się na niego i pędząc, dyszą mu za plecami. 
Uciekając mężczyzna trafia do schroniska „Pod Lawiną”, gdzie może zrealizować swoje dziecięce marzenie. Zostaje prywatnym detektywem wkrótce po tym, jak znajduje nieboszczyka, który jest zimny jak cycek czarownicy. 
W schronisku mieszkają jego właściciele i ich goście. Kto okaże się mordercą? Jak to możliwe, że stało się niemożliwe?
Nie mogłam się dziś oderwać.
Lubię mieć komfort, gdy czytam. To dla mnie ważne. Gdy tekst mnie męczy i nie płynie, bez żalu rzucam go w kąt. Żeby czytało mi się dobrze, muszę czuć, że pisarz wie, o czym opowiada historię, że nie zmyśla - nie w sensie fabuły oczywiście, ale w opisie realiów. Nigdy nie byłam w górach – serio, serio! Nigdy nie jeździłam na nartach czy desce, ale czytając zatonęłam w klimacie. Niesamowicie się czułam. To było dla mnie prawdziwe. Rzeczywistość nigdy nie będzie przereklamowana w literaturze, jeśli będzie podana w sposób nieoczywisty. Postacie powinny odzywać się do siebie realnie, i zakląć jak trzeba dokładnie tak jak w tej książce. Lubię to. To jest prawdziwe, a historia im prościej opowiedziana, tym przyjemniejsza dla odbiorcy. Ten kryminał jest godzien polecenia. Bez przerysowań, zadęcia, sztuczności i GMO. Dobrze napisany. Poczujecie, że bohaterowie to Wasi serdeczni znajomi, nawet jeśli coś szmuglują. Przynajmniej niektórzy :)

Maciej Ślużyński: "Przypadkowy detektyw" 


poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Studenci.


Studenci
Jasna Cholera znowu malowała korytarz. Od parteru czuć było zapach farby, która właściwie była zmywalna i z grupy tych cudownych, co to do łazienki i kuchni powinny się nadawać a po przetarciu białą ścierką natychmiast wrócić do upragnionego bladoróżowego koloru. Swoja drogą, to ciekawe, dlaczego Jasna Cholera nigdy nie próbowała umyć ściany, tylko regularnie nakładała kolejna warstwę dokładnie w tym samym miejscu? Jej teoria spiskowa mówiła, że sąsiedzi z dołu palą w piecu czymś ohydnym, co sprawia, że ściany ciemnieją, bo przez cegły komina wytrąca się trujący osad. To pewnie dlatego cała akcja z malowaniem odbywała się w maseczce do szpachlowania i niebieskich gumowych rękawiczkach. O ile rękawiczki były ok, to już maska budziła uogólnioną radość mieszkańców kamienicy. Ktoś z drugiego piętra nawet zapytał kiedyś:
-Pani Jasna, co to u was grasuje ebola? - a ona bez zmrużenia okiem pokazała na pojemnik z farbą o wdzięcznej nazwie w rodzaju: 'róż jasny i radosny jak pupcia niemowlaka po kąpieli' i zabrała się do naklejania folii na podłogę, bo czego jak czego, ale jej myć nie lubiła nawet baba jagą, gdy nie musiała się schylać.

Blanka oczywiście wiedziała, że potencjalnie toksyczna substancja na ścianie to nic groźnego, ale do głowy by jej nie przyszło, by wziąć za to odpowiedzialność, albo co gorsza okazać choćby cień zawstydzenia. Nigdy o tym z Myszą nie rozmawiali. Właściwie to wcale nie rozmawiali o niczym, więc ten jeden temat też mógł im umknąć pośród tłumu innych. Mysza był wspólnikiem tej plamistej zbrodni ściennej.
Kiedy Blanka wynajęła pokój u Jasnej Cholery, czy raczej pani Heleny Jasnej, która miała na strychu duże mieszkanie do wynajęcia, a sama wspaniałomyślnie mieszkała na drugim piętrze, lecz regularnie i bez zapowiedzi nawiedzała swoich lokatorów sprawdzając, czy w pomieszczeniu nie świeci się więcej niż jedna żarówka na raz, Mysza już tam mieszkał. Dziwny to był wynajem. W mieszkaniu była kuchnia a w niej tylko elektryczny czajnik. Żadnej kuchenki, nawet mikrofalowej, „żeby ktoś nas nieopatrznie nie spalił”, jakby wszyscy na świecie, prócz Jasnej, byli idiotami. Zakaz gotowania dotyczył wszystkich mieszkańców wysokich pokojów zamkniętych na wielkie zabytkowe niemal klucze, samotnej matki z dwójką dzieci w pokoju na wprost, Mysza, który mieszkał na lewo i Blanki, która zajęła lokum po prawej. Wyjątkiem była woda z czajnika. Ale kuchnia to nie wszystko. Ponieważ stare budownictwo nie przewidziało ubikacji ani łazienki w mieszkaniu, były one dobudowane pod skosem na korytarzu, a skorzystanie z nich wymagało wyjścia z mieszkania. Po drodze w ukośnym dachu znajdowało się niewielkie okienko ze stojącą na parapecie peerelowską, kryształową popielniczką, wiadomym dowodem tego, że palenie w mieszkaniu było zbrodnią, a na wspólnym korytarzu już nie.
Stara popielnica była dla Blanki jak odpowiedź Boga na modlitwę o odrobinę normalności, oczywiście przy założeniu, że on też lubi sobie rano zapalić, toteż gdy tylko jej budzik rozwrzeszczał się pierwszego poranka w nowym lokum, naciągnęła na gołe ciało szlafrok, wsunęła kapcie i z fajką za uchem i zapalniczką w kieszeni poszła się dotlenić.

Na korytarzu uchyliła okienko i wpuściła trochę chłodu nim zapaliła papierosa. Oparła się o ścianę i wpatrywała w chmury przelatujące jak klatki filmu przez maleńkie okno. Gdy dotarła do połowy fajki i osiągnęła stadium warunkowego przebudzenia na korytarzu pojawił się Mysza. Miał rozczochrane blond loki do ramion i sińce pod oczami, jakby dopiero się położył, a nie wstał. Tak na oko sięgała mu do pasa, nic więc dziwnego, że wziął ją za jakąś nieopierzoną nastolatkę.
- Zajęłaś moje miejsce. - Palcem pokazał, że chodzi mu o widok nieba. Wzruszyła ramionami.
- Dzień dobry - odpowiedziała, by w ogóle się odezwać do typka spod ciemnej gwiazdy, który drapał się po fajnej owłosionej klacie, a także po to, by słysząc jej głos, niski i nie pasujący do metra i czterdziestu ośmiu centymetrów wzrostu zmiarkował się, że ma jednak do czynienia z osoba dorosłą.
- Zapomnij - warknął przyjemniaczek, ale zmiarkował się, że popełnił błąd w myśleniu. Stanął tuż przy niej i przykolegował się do popielniczki, którą trzymała w ręku. 
Nie wiedziała o czym ma zapomnieć, ale nie podobało się jej, że znowu jakiś fagas ma czelność mówić jej, co ma robić.
- Nie. - Nagle jakby się przebudziła. Oddała mu popielniczkę, zgasiła fajkę, rozwiązała szlafrok i pokazała mu cycki. - Bądź grzeczny, jasne? Jutro. - Tylko przełknął głośno ślinę, a ona weszła do mieszkania.
Od następnego ranka grzecznie przychodził „na fajkę” z gumką i posuwał ją ostro na ścianie, na wysokości własnych, a nie jej pleców produkując co dnia bardziej spoconą plamę na ścianie, a potem palili jednego na pół i każde wracało do swoich spraw. Jej przestał być potrzebny wibrator, który miała sobie kupić on line, ale za nic nie mogła dokonać wyboru. On zaczął uśmiechać się pobłażliwie słuchając opowieści kolegów o nowych nieudanych związkach. Życie zrobiło się prostsze.
I tylko ten cholerny tłusty pot na ścianie zamalowywany przez Jasną Cholerę przypominał im codziennie o tym, że rano, nim na dobre otwarli powieki, nim szara masa wchłonęła ich w niezmierzoną czeluść dnia, przez chwilę gnali do siebie, stapiali się z sobą i byli rzeczywistą do bólu namiastką jedynie erotycznej jedności. Poza tym, tak niewiele o sobie wiedzieli. No bo po co komplikować sobie proste, studenckie życie?

środa, 19 lipca 2017

Co na nas czeka "Za zakrętem"?


Poczucie bezradności to taka cholera, która rozpieprza mi trzewia w drobny mak. Nienawidzę suki. Wy też? Nie znam nikogo, kto dobrze tolerowałby ten stan.
Ile razy mieliście uczucie, że dalibyście wszystko, ba, że błagaliście w myślach Stwórcę: „Boże, jakiekolwiek jest Twoje imię, proszę Cię, cofnij czas o minutę, dwie, pięć”? Zastanówcie się. To ważne pytanie, bo z tego co mi wiadomo, od czasów następcy Mojżesza, czyli sędziego Jozuego, dla którego Bóg zatrzymał słońce, nie zrobił tego już nigdy i dla nikogo. Dlaczego zatem mimo, że o tym wiemy tak często pragniemy, móc sprawić, by coś się nie wydarzyło?
Chce tego też Agnieszka. Ona jest absolutnie fikcyjna i stuprocentowo prawdziwa. Wymyśliła ją Ania Kasiuk w powieści pt.: „Za zakrętem” a ja, gdy o niej czytałam, czułam każdy jej niepokój, wszystkie odcienie bezradności, przenikający na wskroś lęk  i takie samo pragnienie, by w kluczowym momencie zostać w domu i nie wybrać się z mamą do kina.
Dlaczego? Bez spojlerów, kochani. :)
Agnieszka wcale nie chce zmieniać swojego życia. Ona po prostu musi to zrobić. Ma tak bardzo przerąbane, że trudno ubrać to w słowa. Ratuje to, co zostało z jej rodziny i ucieka. Nie ma pomysłu na życie, wie tylko, że chce przeżyć. Czuje stały i niezmienny strach przed ludźmi, wypatruje w ich twarzach oczu, które tkwią w zakamarkach jej pamięci i przerażają.  Nie chce wiedzieć o tym co dzieje się na zewnątrz jej świata, a mimo tego odnajduje nowe cele, buduje związek, zyskuje rodzinę, którą naraża i może stracić w każdej chwili. Tylko po co ona to robi? Dlaczego hoduje i karmi własne lęki i koszmary? Czy po to, by przeszłość, czając się za zakrętem jak zły wilk, dorwała ją zupełnie przypadkiem właśnie wtedy, gdy zaczyna realnie sobie radzić?
A tego Wam nie powiem, sprawdźcie sami.
Ania Kasiuk zaprowadzi Was w piękne miejsca, opowie niezwykłą historię i pokaże, jak skomplikowane są ludzkie lęki i jak miłość pomaga radzić sobie z problemami.
I wiecie co? Kiedy ktoś Wam powie, że przemoc niczego nie rozwiązuje, nie wierzcie mu! To bzdura! Przemoc rozwiązuje wiele spraw… tylko nie zawsze tak, jakbyśmy się tego spodziewali. A cudowni ludzie istnieją naprawdę i są wśród nas. Prawda?
A teraz do czytania, no raz raz! Prędziutko!

piątek, 14 lipca 2017

Twix rozdział 10


10
Wszedł do kabiny z myślą, że chciałby się też ogolić, ale o maszynce mógł tylko pomarzyć. Umył się kiepskim mydłem z kostki szybko i dokładnie, bo temperatura wody nie spełniała jego oczekiwań. Kiedy wyszedł spod prysznica okazało się, że Kama zabrała oba ręczniki. Uchylił drzwi i zawołał: - Kama, podziel się z mężem, zła żono! Oddaj choć jeden ręcznik, co? Może być mokry, wszystko jedno. Kamila stanęła przed uchylonymi drzwiami, zdjęła z siebie kąpielowy ręcznik i podała mu odsłaniając całą swoją nagość. Zagwizdał patrząc na jej niewielkie jasne piersi. Ani grama słońca. Biała skóra zrobiła na nim niesamowite wrażenie. Sięgnął po ręcznik, ale zamiast mu go podać, chwyciła go za rękę, otworzyła drzwi do łazienki i zaczęła go nim delikatnie wycierać. Nieśmiałość w jej ruchach walczyła z ciekawością. Uśmiechała się i oglądała go, a on stał bez ruchu i pozwalał jej się dotykać. Muskała palcami jego kark, potem przesunęła nimi wzdłuż kręgosłupa i położyła dłoń na pośladku. - To nasza noc poślubna, Cukierku - jej głos drżał, a on zastanawiał się co teraz czuje. - Wiem Kama. - Właściwie chciał z zawodową wnikliwością najpierw z nią o tym porozmawiać, ale ta potrzeba walczyła w nim z instynktem zdobywcy, który nakazywał mu brać i dawać dziką rozkosz z pasją. Jeszcze się wahał, rozsądek poddawał się wolno, ale z coraz większą przyjemnością. Gdy był niemal zdecydowany podbić ją i splądrować na tysiąc sposobów, kiedy miał już plan, jak będzie wsłuchiwał się w jej jęki i krzyki rozkoszy, jeszcze nim się do niej odwrócił, przywarła do jego pleców i wyszeptała mu do ucha: - Bądź dla mnie dobry. - Potem obeszła go, stanęła na palcach i podała mu usta. Nim się zetknęły wyszeptała jeszcze – Naucz mnie. Gdy dotarł do niego sens tego co powiedziała, zawahał się przez chwilę. Nie dlatego, że jej nie pragnął, bo bolesna tęsknota stała się jeszcze większa, ale raczej z powodu zmiany dzikich planów na coś, do czego nie przywykł, na ciepłe morze łagodności, w którym chciał zanurzać ją powoli, aż z pasją i wirtuozerią pokaże jej to, czego jeszcze nie znała. Wyczuwając odrobinę jego oporu i niepewności wzięła go za rękę i zaprowadziła do łóżka odrzucając po drodze mokry ręcznik na podłogę. Jeszcze nigdy sam nie czuł się onieśmielony aktem, który miał się wydarzyć. Pragnął jej tak bardzo, jakby była ostatnim haustem powietrza dla tonącego. Obraz jej białej skóry wypełnił witraż jego pragnień jak kawałki mlecznego szkła. Wolno podniósł kobietę i choć to było tylko kilka kroków zaniósł ją na łóżko. Nie chciał się spieszyć, ale to było silniejsze od niego, pchnął ją na materac a sam, bez żadnych wstępów rozsunął jej nogi i jego język, jak muzyk zagrał na jej kroczu akordy tak mocne i nowe, że spazmatyczne dźwięki, które wychodziły z jej ust dały świadectwo jego mistrzostwu. Potem wziął ją patrząc w szeroko otwarte oczy, przedarł się przez niewielki opór i posiadł swoją obcą żonę z dziką radością. A potem znowu i jeszcze. Przemek czuł, jakby patrzył na siebie z boku podziwiając swoje siły i możliwości. Był pobudzony jak nastolatek, ciągle od nowa. Fascynowało go to i cieszyło, bo Kamila dzielnie dotrzymywała mu kroku, a jej rozkoszne orgazmy dodawały mu skrzydeł. I kiedy mieli już zasypiać zmęczeni całonocnym maratonem rozkoszy, zadzwonił budzik. Była czwarta trzydzieści. Powinni wyruszyć w drogę. Byli półprzytomni, a ona zarządziła szybka wspólna kąpiel, spakowała ich błyskawicznie i po chwili wsiadali do srebrnej audicy. Na szczęście tym razem z przodu siedział kierowca, a oni okryli się, ona kocem na rozłożonym przednim siedzeniu, a on kurtką kładąc się i zajmując cały tył. Mieli wypocząć. Oboje cieszyli się, że nie muszą prowadzić. Milczący człowiek za kierownicą nie mówił nic, ale i o nic nie pytali. Rozpoczął się kolejny dzień podróży, która miała się skończyć późnym wieczorem.