niedziela, 10 września 2017

"Przypadkowy detektyw" - Po raz pierwszy przedpremierowo


No i lipa. Jest po pierwszej w nocy, a ja mam nadal nie ufarbowane włosy. Ba! Żeby tylko! 
Prócz tego przypaliłam gazem swoją ulubioną łapkę do trzymania garów, bo w jednej ręce trzymałam laptop, a drugą smażyłam mięsko. A wszystko przez pewnego faceta, który jest tak zwykły, że aż niezwykły i ma żonę tak nieprzeciętnie przeciętną, że aż miło. Dziwnie brzmi? Ha! Ale taka jest prawda!

Maciek jest negocjatorem stulecia. Nikt tak jak, on nie przekona górali, że zgrzewka browarka na zapojkę to dobry pomysł, daję Wam słowo! Co mogę jeszcze powiedzieć, o panu fajnym? Ma charakter. Jak postanowi, że dziś nie da się zabić lawinie, a co najwyżej jutro, to zawsze dotrzyma słowa. Taki jest! Co prawda cierpi na chroniczną goń myślową i to w nocy, gdy powinien spać, ale i potrafi wyjaśnić jak samiec, dlaczego to snowbord budzi jego zaufanie, a nie narty.

Maciek jest wydawcą. Przed nim poważna życiowa decyzja. Niby już ją podjął, a nawet skonsultował z lekarzem, farmaceutą i własną żoną, ale do pełni szczęścia poszusowałby na swojej ukochanej desce, by w cholerę pognać cały związany z tym stres. Zrobiłby to, gdyby nie lawina, a właściwie dwie małe, wredne lawiny, które, skubane, uwzięły się na niego i pędząc, dyszą mu za plecami. 
Uciekając mężczyzna trafia do schroniska „Pod Lawiną”, gdzie może zrealizować swoje dziecięce marzenie. Zostaje prywatnym detektywem wkrótce po tym, jak znajduje nieboszczyka, który jest zimny jak cycek czarownicy. 
W schronisku mieszkają jego właściciele i ich goście. Kto okaże się mordercą? Jak to możliwe, że stało się niemożliwe?
Nie mogłam się dziś oderwać.
Lubię mieć komfort, gdy czytam. To dla mnie ważne. Gdy tekst mnie męczy i nie płynie, bez żalu rzucam go w kąt. Żeby czytało mi się dobrze, muszę czuć, że pisarz wie, o czym opowiada historię, że nie zmyśla - nie w sensie fabuły oczywiście, ale w opisie realiów. Nigdy nie byłam w górach – serio, serio! Nigdy nie jeździłam na nartach czy desce, ale czytając zatonęłam w klimacie. Niesamowicie się czułam. To było dla mnie prawdziwe. Rzeczywistość nigdy nie będzie przereklamowana w literaturze, jeśli będzie podana w sposób nieoczywisty. Postacie powinny odzywać się do siebie realnie, i zakląć jak trzeba dokładnie tak jak w tej książce. Lubię to. To jest prawdziwe, a historia im prościej opowiedziana, tym przyjemniejsza dla odbiorcy. Ten kryminał jest godzien polecenia. Bez przerysowań, zadęcia, sztuczności i GMO. Dobrze napisany. Poczujecie, że bohaterowie to Wasi serdeczni znajomi, nawet jeśli coś szmuglują. Przynajmniej niektórzy :)

Maciej Ślużyński: "Przypadkowy detektyw" 


poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Studenci.


Studenci
Jasna Cholera znowu malowała korytarz. Od parteru czuć było zapach farby, która właściwie była zmywalna i z grupy tych cudownych, co to do łazienki i kuchni powinny się nadawać a po przetarciu białą ścierką natychmiast wrócić do upragnionego bladoróżowego koloru. Swoja drogą, to ciekawe, dlaczego Jasna Cholera nigdy nie próbowała umyć ściany, tylko regularnie nakładała kolejna warstwę dokładnie w tym samym miejscu? Jej teoria spiskowa mówiła, że sąsiedzi z dołu palą w piecu czymś ohydnym, co sprawia, że ściany ciemnieją, bo przez cegły komina wytrąca się trujący osad. To pewnie dlatego cała akcja z malowaniem odbywała się w maseczce do szpachlowania i niebieskich gumowych rękawiczkach. O ile rękawiczki były ok, to już maska budziła uogólnioną radość mieszkańców kamienicy. Ktoś z drugiego piętra nawet zapytał kiedyś:
-Pani Jasna, co to u was grasuje ebola? - a ona bez zmrużenia okiem pokazała na pojemnik z farbą o wdzięcznej nazwie w rodzaju: 'róż jasny i radosny jak pupcia niemowlaka po kąpieli' i zabrała się do naklejania folii na podłogę, bo czego jak czego, ale jej myć nie lubiła nawet baba jagą, gdy nie musiała się schylać.

Blanka oczywiście wiedziała, że potencjalnie toksyczna substancja na ścianie to nic groźnego, ale do głowy by jej nie przyszło, by wziąć za to odpowiedzialność, albo co gorsza okazać choćby cień zawstydzenia. Nigdy o tym z Myszą nie rozmawiali. Właściwie to wcale nie rozmawiali o niczym, więc ten jeden temat też mógł im umknąć pośród tłumu innych. Mysza był wspólnikiem tej plamistej zbrodni ściennej.
Kiedy Blanka wynajęła pokój u Jasnej Cholery, czy raczej pani Heleny Jasnej, która miała na strychu duże mieszkanie do wynajęcia, a sama wspaniałomyślnie mieszkała na drugim piętrze, lecz regularnie i bez zapowiedzi nawiedzała swoich lokatorów sprawdzając, czy w pomieszczeniu nie świeci się więcej niż jedna żarówka na raz, Mysza już tam mieszkał. Dziwny to był wynajem. W mieszkaniu była kuchnia a w niej tylko elektryczny czajnik. Żadnej kuchenki, nawet mikrofalowej, „żeby ktoś nas nieopatrznie nie spalił”, jakby wszyscy na świecie, prócz Jasnej, byli idiotami. Zakaz gotowania dotyczył wszystkich mieszkańców wysokich pokojów zamkniętych na wielkie zabytkowe niemal klucze, samotnej matki z dwójką dzieci w pokoju na wprost, Mysza, który mieszkał na lewo i Blanki, która zajęła lokum po prawej. Wyjątkiem była woda z czajnika. Ale kuchnia to nie wszystko. Ponieważ stare budownictwo nie przewidziało ubikacji ani łazienki w mieszkaniu, były one dobudowane pod skosem na korytarzu, a skorzystanie z nich wymagało wyjścia z mieszkania. Po drodze w ukośnym dachu znajdowało się niewielkie okienko ze stojącą na parapecie peerelowską, kryształową popielniczką, wiadomym dowodem tego, że palenie w mieszkaniu było zbrodnią, a na wspólnym korytarzu już nie.
Stara popielnica była dla Blanki jak odpowiedź Boga na modlitwę o odrobinę normalności, oczywiście przy założeniu, że on też lubi sobie rano zapalić, toteż gdy tylko jej budzik rozwrzeszczał się pierwszego poranka w nowym lokum, naciągnęła na gołe ciało szlafrok, wsunęła kapcie i z fajką za uchem i zapalniczką w kieszeni poszła się dotlenić.

Na korytarzu uchyliła okienko i wpuściła trochę chłodu nim zapaliła papierosa. Oparła się o ścianę i wpatrywała w chmury przelatujące jak klatki filmu przez maleńkie okno. Gdy dotarła do połowy fajki i osiągnęła stadium warunkowego przebudzenia na korytarzu pojawił się Mysza. Miał rozczochrane blond loki do ramion i sińce pod oczami, jakby dopiero się położył, a nie wstał. Tak na oko sięgała mu do pasa, nic więc dziwnego, że wziął ją za jakąś nieopierzoną nastolatkę.
- Zajęłaś moje miejsce. - Palcem pokazał, że chodzi mu o widok nieba. Wzruszyła ramionami.
- Dzień dobry - odpowiedziała, by w ogóle się odezwać do typka spod ciemnej gwiazdy, który drapał się po fajnej owłosionej klacie, a także po to, by słysząc jej głos, niski i nie pasujący do metra i czterdziestu ośmiu centymetrów wzrostu zmiarkował się, że ma jednak do czynienia z osoba dorosłą.
- Zapomnij - warknął przyjemniaczek, ale zmiarkował się, że popełnił błąd w myśleniu. Stanął tuż przy niej i przykolegował się do popielniczki, którą trzymała w ręku. 
Nie wiedziała o czym ma zapomnieć, ale nie podobało się jej, że znowu jakiś fagas ma czelność mówić jej, co ma robić.
- Nie. - Nagle jakby się przebudziła. Oddała mu popielniczkę, zgasiła fajkę, rozwiązała szlafrok i pokazała mu cycki. - Bądź grzeczny, jasne? Jutro. - Tylko przełknął głośno ślinę, a ona weszła do mieszkania.
Od następnego ranka grzecznie przychodził „na fajkę” z gumką i posuwał ją ostro na ścianie, na wysokości własnych, a nie jej pleców produkując co dnia bardziej spoconą plamę na ścianie, a potem palili jednego na pół i każde wracało do swoich spraw. Jej przestał być potrzebny wibrator, który miała sobie kupić on line, ale za nic nie mogła dokonać wyboru. On zaczął uśmiechać się pobłażliwie słuchając opowieści kolegów o nowych nieudanych związkach. Życie zrobiło się prostsze.
I tylko ten cholerny tłusty pot na ścianie zamalowywany przez Jasną Cholerę przypominał im codziennie o tym, że rano, nim na dobre otwarli powieki, nim szara masa wchłonęła ich w niezmierzoną czeluść dnia, przez chwilę gnali do siebie, stapiali się z sobą i byli rzeczywistą do bólu namiastką jedynie erotycznej jedności. Poza tym, tak niewiele o sobie wiedzieli. No bo po co komplikować sobie proste, studenckie życie?

środa, 19 lipca 2017

Co na nas czeka "Za zakrętem"?


Poczucie bezradności to taka cholera, która rozpieprza mi trzewia w drobny mak. Nienawidzę suki. Wy też? Nie znam nikogo, kto dobrze tolerowałby ten stan.
Ile razy mieliście uczucie, że dalibyście wszystko, ba, że błagaliście w myślach Stwórcę: „Boże, jakiekolwiek jest Twoje imię, proszę Cię, cofnij czas o minutę, dwie, pięć”? Zastanówcie się. To ważne pytanie, bo z tego co mi wiadomo, od czasów następcy Mojżesza, czyli sędziego Jozuego, dla którego Bóg zatrzymał słońce, nie zrobił tego już nigdy i dla nikogo. Dlaczego zatem mimo, że o tym wiemy tak często pragniemy, móc sprawić, by coś się nie wydarzyło?
Chce tego też Agnieszka. Ona jest absolutnie fikcyjna i stuprocentowo prawdziwa. Wymyśliła ją Ania Kasiuk w powieści pt.: „Za zakrętem” a ja, gdy o niej czytałam, czułam każdy jej niepokój, wszystkie odcienie bezradności, przenikający na wskroś lęk  i takie samo pragnienie, by w kluczowym momencie zostać w domu i nie wybrać się z mamą do kina.
Dlaczego? Bez spojlerów, kochani. :)
Agnieszka wcale nie chce zmieniać swojego życia. Ona po prostu musi to zrobić. Ma tak bardzo przerąbane, że trudno ubrać to w słowa. Ratuje to, co zostało z jej rodziny i ucieka. Nie ma pomysłu na życie, wie tylko, że chce przeżyć. Czuje stały i niezmienny strach przed ludźmi, wypatruje w ich twarzach oczu, które tkwią w zakamarkach jej pamięci i przerażają.  Nie chce wiedzieć o tym co dzieje się na zewnątrz jej świata, a mimo tego odnajduje nowe cele, buduje związek, zyskuje rodzinę, którą naraża i może stracić w każdej chwili. Tylko po co ona to robi? Dlaczego hoduje i karmi własne lęki i koszmary? Czy po to, by przeszłość, czając się za zakrętem jak zły wilk, dorwała ją zupełnie przypadkiem właśnie wtedy, gdy zaczyna realnie sobie radzić?
A tego Wam nie powiem, sprawdźcie sami.
Ania Kasiuk zaprowadzi Was w piękne miejsca, opowie niezwykłą historię i pokaże, jak skomplikowane są ludzkie lęki i jak miłość pomaga radzić sobie z problemami.
I wiecie co? Kiedy ktoś Wam powie, że przemoc niczego nie rozwiązuje, nie wierzcie mu! To bzdura! Przemoc rozwiązuje wiele spraw… tylko nie zawsze tak, jakbyśmy się tego spodziewali. A cudowni ludzie istnieją naprawdę i są wśród nas. Prawda?
A teraz do czytania, no raz raz! Prędziutko!

piątek, 14 lipca 2017

Twix rozdział 10


10
Wszedł do kabiny z myślą, że chciałby się też ogolić, ale o maszynce mógł tylko pomarzyć. Umył się kiepskim mydłem z kostki szybko i dokładnie, bo temperatura wody nie spełniała jego oczekiwań. Kiedy wyszedł spod prysznica okazało się, że Kama zabrała oba ręczniki. Uchylił drzwi i zawołał: - Kama, podziel się z mężem, zła żono! Oddaj choć jeden ręcznik, co? Może być mokry, wszystko jedno. Kamila stanęła przed uchylonymi drzwiami, zdjęła z siebie kąpielowy ręcznik i podała mu odsłaniając całą swoją nagość. Zagwizdał patrząc na jej niewielkie jasne piersi. Ani grama słońca. Biała skóra zrobiła na nim niesamowite wrażenie. Sięgnął po ręcznik, ale zamiast mu go podać, chwyciła go za rękę, otworzyła drzwi do łazienki i zaczęła go nim delikatnie wycierać. Nieśmiałość w jej ruchach walczyła z ciekawością. Uśmiechała się i oglądała go, a on stał bez ruchu i pozwalał jej się dotykać. Muskała palcami jego kark, potem przesunęła nimi wzdłuż kręgosłupa i położyła dłoń na pośladku. - To nasza noc poślubna, Cukierku - jej głos drżał, a on zastanawiał się co teraz czuje. - Wiem Kama. - Właściwie chciał z zawodową wnikliwością najpierw z nią o tym porozmawiać, ale ta potrzeba walczyła w nim z instynktem zdobywcy, który nakazywał mu brać i dawać dziką rozkosz z pasją. Jeszcze się wahał, rozsądek poddawał się wolno, ale z coraz większą przyjemnością. Gdy był niemal zdecydowany podbić ją i splądrować na tysiąc sposobów, kiedy miał już plan, jak będzie wsłuchiwał się w jej jęki i krzyki rozkoszy, jeszcze nim się do niej odwrócił, przywarła do jego pleców i wyszeptała mu do ucha: - Bądź dla mnie dobry. - Potem obeszła go, stanęła na palcach i podała mu usta. Nim się zetknęły wyszeptała jeszcze – Naucz mnie. Gdy dotarł do niego sens tego co powiedziała, zawahał się przez chwilę. Nie dlatego, że jej nie pragnął, bo bolesna tęsknota stała się jeszcze większa, ale raczej z powodu zmiany dzikich planów na coś, do czego nie przywykł, na ciepłe morze łagodności, w którym chciał zanurzać ją powoli, aż z pasją i wirtuozerią pokaże jej to, czego jeszcze nie znała. Wyczuwając odrobinę jego oporu i niepewności wzięła go za rękę i zaprowadziła do łóżka odrzucając po drodze mokry ręcznik na podłogę. Jeszcze nigdy sam nie czuł się onieśmielony aktem, który miał się wydarzyć. Pragnął jej tak bardzo, jakby była ostatnim haustem powietrza dla tonącego. Obraz jej białej skóry wypełnił witraż jego pragnień jak kawałki mlecznego szkła. Wolno podniósł kobietę i choć to było tylko kilka kroków zaniósł ją na łóżko. Nie chciał się spieszyć, ale to było silniejsze od niego, pchnął ją na materac a sam, bez żadnych wstępów rozsunął jej nogi i jego język, jak muzyk zagrał na jej kroczu akordy tak mocne i nowe, że spazmatyczne dźwięki, które wychodziły z jej ust dały świadectwo jego mistrzostwu. Potem wziął ją patrząc w szeroko otwarte oczy, przedarł się przez niewielki opór i posiadł swoją obcą żonę z dziką radością. A potem znowu i jeszcze. Przemek czuł, jakby patrzył na siebie z boku podziwiając swoje siły i możliwości. Był pobudzony jak nastolatek, ciągle od nowa. Fascynowało go to i cieszyło, bo Kamila dzielnie dotrzymywała mu kroku, a jej rozkoszne orgazmy dodawały mu skrzydeł. I kiedy mieli już zasypiać zmęczeni całonocnym maratonem rozkoszy, zadzwonił budzik. Była czwarta trzydzieści. Powinni wyruszyć w drogę. Byli półprzytomni, a ona zarządziła szybka wspólna kąpiel, spakowała ich błyskawicznie i po chwili wsiadali do srebrnej audicy. Na szczęście tym razem z przodu siedział kierowca, a oni okryli się, ona kocem na rozłożonym przednim siedzeniu, a on kurtką kładąc się i zajmując cały tył. Mieli wypocząć. Oboje cieszyli się, że nie muszą prowadzić. Milczący człowiek za kierownicą nie mówił nic, ale i o nic nie pytali. Rozpoczął się kolejny dzień podróży, która miała się skończyć późnym wieczorem.

sobota, 17 czerwca 2017

Wpływ prozy Aleksandra Rogozińskiego na rozwój polskiej psychiatrii (rozprawa niefilozoficzna





Przychodzi baba do psychiatry, a on jej książkę! (nie mylić z "książką")
Baba wygląda jak siedem nieszczęść z Albatrosa, czy jakoś tak, bo ma doła jak lej po bombie. Ma go, tego doła, bo jej życie jest jak papier toaletowy, długie szare i do tej części pleców, gdzie ich nazwa ulega zatarciu. Jednym słowem, baba nie jest chora, zapełnia poczekalnię, bo jej smutno i nudno i takie tam pierdoły i myśli, ze prozak by pomógł, ale nie! Dostaje książkę.
Co dalej? Bo ja wiem, przy gabinecie psychiatrycznym otwierają oddział biblioteki dla dorosłych z czytelną, a psychiatra może jechać na urlop.
Tylko, że on jeszcze na to nie wpadł, a ja już tak. :) Wiadomo, lotny umysł – genialne pomysły. 

Zgadnijcie, dlaczego książką, którą koniecznie powinni przeczytać wszyscy przygnębieni obywatele jest ta, w której są aż trzy trupy, z czego jeden przez niewycelowanie?
Dlatego, że bez względu na to jaką intrygę kryminalną wymyśli Alek Rogoziński, język w którym jest napisana jego powieść w tak żywy sposób odzwierciedla nasze wady i zalety, że śmiejemy się zdrowo z nas samych. Jego bohaterowie mówią obrazami, których nie zapomnicie, a ich powiedzonka, uch, są soczyste jak limonki.Wasz nastrój ulegnie poprawie, zrobią się Wam zmarszczki mimiczne od śmiechu i będzie Wam o niebo lepiej, niż przed lekturą. 
Wiem co mówię. To własne doświadczenie.
W powieści pt: "Do trzech razy śmierć" (już sam tytuł mnie rozwala), najłatwiej polubić Różę, która nie ma najnowszej bazy danych o tym, co ćpają małolaty na imprezach, zasypia na wykładzie o erotyce EL James, ( zupełnie jak ja z mężem na wiadomym filmie z nudów), do tego ma na koncie uwiedzenie nieletniego Goznalesa z irokezem i uprawianie z nim tarła, (A to jawnogrzesznica! No, kochane! Która jest bez takiej winy, lub marzenia, tudzież snu, niech pierwsza rzuci czymkolwiek, najlepiej przysłowiowym mięsem z żalu). Dla niej wycieczka na sabat to prawdziwe nudziarstwo, bo co można robić w towarzystwie wyłącznie kobiet? Kiedy dowiecie dlaczego zrezygnowała z siłowni padniecie na twarz, bo Róża jest jedyna w swoim rodzaju, jej humor jest bezbłędny a ona sama samokrytyczna i błyskotliwa, ale kim by była bez Pepe, częstującego ją wiśnióweczką mamusi, której na starość wciąż zmieniają się proporcje i coraz mniej owoców, a coraz więcej dodaje księżycówki? To jej głos rozsądku. Anioł stróż. Przyjaciel, który nie wysłałby jej na świniobicie, choćby nie wiem co. I choć wiele postaci jest odmalowanych równie obrazowo poprzez westchnienia i zdania zachwyconych blogerek, czy komentarze innych osób, jeszcze tylko Kiki i Miłka zarysowały mi się w pamięci bardziej. Pierwsza, wiadomo, scenką z Krakowskiej taksówki, kiedy to przesiąknięta alkoholem jak biszkopt na tort, każe się wieść do Gdańska, bo tam czeka na nią idealny facet – pomnik Neptuna z erekcją pod listkiem figowym. Za to Miłka to dla mnie najfajniejsza z postaci. Myśli i kombinuje, jest błyskotliwa i uwielbia jeść. Kocham ją nie tylko za ilości i sposób w jaki konsumuje, nie tylko za mówienia z pełnymi ustami i opluwanie Pepe buraczkami, ale także za umiejętność powiedzenia koczkodan o Kiki nawet gdy jej już nie ma i za to, że: „żaden srajdek z pistoletem nie jest ważniejszy od tej tarty!” ( tak samo powiedziałabym o miętowej czekoladzie!)
Dobrze było mi spotkać już znajome postacie – Betty i Krzysztofa, oni się nie zmienili, są tak samo otwarci i bezpośredni jak w „Morderstwie na Korfu” i poprawiają mi nastój hurtem, wystarczy, żeby zaczęli ze sobą rozmawiać.
Nie wiem jak robi to Alek, ale on nawet oczywiste brednie potrafi podać jak piękny deser. Pomyślcie o monologu Marielli. Można by rzygać tęczą, prawda? Istny bełkot nawiedzonej, niezaspokojonej wariatki. Założę się, że to nie było łatwe, dla autora, ułożyć taki zestaw kwiatków i sklecić z tego ten wianuszek. Jak myślicie? Czy autor odchorował tę pracę bólem przepony za śmiechu? Daje słowo, jak bym tak chyba nie umiała. Ile to trzeba mieć empatii, żeby aż tak wczuć się w postać nawiedzonej, roznamiętnionej i bredzącej pisarki. Szacun wielki.
Czy ja polecam tę książkę? Jasne! I każdy dobry psychiatra też wam ją poleci, i pani magister w aptece, i burmistrz, i wiele innych osób. I wiecie co? Ona jeszcze nie jest na receptę, więc korzystajcie, póki można. „Prędzej Nergal zostanie wokalistą Arki Noego niż” Alek Rogoziński napisze kiepską książkę.

sobota, 3 czerwca 2017

Twix rozdział 9

9
Granicę przekroczyli w Gubinie. Jak to w Unii, nikogo nie obeszło, że kolejni ludzie przemieszczają się z miejsca na miejsce. Z bluetoothem w uchu Kama  rozmawiała przez telefon, prowadząc auto. Koszty, czy roaming nie były żadną przeszkodą. Najpierw mówiła po Włosku z matką, potem po rosyjsku z mężczyzną, który zameldował odstawienie auta Przemka do jego rodziców i przesyłał pozdrowienia od Starego i Majki. Wieczór nadchodził powoli, do zmierzchu brakowało jeszcze sporo czasu, a ona czuła się coraz bardzie zmęczona. Marzyła o gorącej kąpieli, łóżku i figlach z pochrapującym Przemkiem. W końcu od czegoś się ma tego męża i żal byłoby nie skorzystać z jego pięknego ciała. Ciekawe, czy będzie musiała go uwieść. Na twarzy pojawił mu się zarost, był dokładnie taki, jaki lubiła czuć na brzuch, twardy i szczeciniasty, sprawiający, że wszystkie włoski na ciele stają dęba jak spłoszone rumaki. Cieszyła się, że zaopatrzyła własną apteczkę we wszystko, co niezbędne. Chciała mieć z chłopaka dwieście procent pożytku. Jadąc wzdłuż głównej drogi trudno było wybrać dobry motel, ale nie zniechęcała się. Gdy uznała, że już musi się zatrzymać podkręciła głośność i z pendrive’a wpiętego w radio wylała się piosenka Sidneya Polaka, który chwalił się swoim skuterem. Przemek nie reagował. Rozpuszczone w wodzie leki trzymały mocno.
- Cukierku - mówiła do niego słodkim głosem.  - Cukierku, wstawaj.  - znów podkręciła głośność. - No dawaj, bejb. Czas na męską decyzję. Żyjesz?
- Aha. - mruknął z trudem otwierając oczy.
- Jak się czujesz?
- Jak rozjechane gówno na oponie. Nie dość, że ohydnie, to jeszcze zakręcony.
- Za to teksty masz super. No to świetnie! - udawała rozczarowanie. - Czyli nie ma szans, byśmy jechali w nocy? Nie poprowadzisz raczej?
- Jeśli chcesz żyć, to nie poprowadzę, ale jak ci nie zależy, to czemu nie. - ziewnął się i poprawił koc.
- Dobra, zrobimy sobie postój w nocy. Ja złapię kilka godzin snu, muszę, a jeśli wypoczniesz na tyle, by prowadzić, obudź mnie choćby o trzeciej w nocy i ruszamy, dośpię w samochodzie. No i może coś zjemy? Co powiesz na kolację?
- Ja nic nie chcę.
- Spoko. Chociaż się napij, bo się odwodnisz. Chcesz glukozę z witaminą c? Ponoć pomaga na kaca.
- Nie mam kaca, a ty nie masz ze sobą kroplówki.
- Nie mówię o kroplówce, tylko o cukierkach do ssania, takich z apteki. Mam gdzieś w torebce wiśniowe, to ci dam, jak staniemy. O patrz, za dwa kilometry jakiś motel. Bierzemy. Jak twój niemiecki?
- Nie używałem go kilka lat, ale coś tam powiem, w końcu wynajęcie pokoju nie może być trudne.
- Masz dobre podejście. - Pociągnęła napój z witaminami. On napił się wody. Smakowała jakoś lepiej. Może jednak był głodny, zastanawiał się.  
- Zostawiamy graty w aucie, czy zabieramy? Nigdy nie wiadomo, czy ci, co będą nam je podmieniać przepakują wszystko, jak poprzedni.
- To zabieramy. A co do podmianki auta, nie sądzę.
W motelu dogadali się bez trudu, potem przeszli się spacerkiem do niewielkiej przydrożnej restauracji i zamówili sobie ogromną pizzę na wynos, już sam zapach sprawił, że mężczyzna poczuł wilczy apetyt i zmienił zdanie. Do tego wziął po kawałku ciasta i herbatę. Przemek tak bardzo marzył o herbacie, że poprosił od razu po dwie. To on czekał na zamówienie, Kamila poszła się wykąpać. Kiedy pizza wylądowała w kartonie jak wyobrażenie latającego spodka, ustawił plastikowe kubki i pojemnik z ciastem na wierzchu i wolno, żeby nie rozlać zabrał ze sobą do pokoju.
Kiedy wrócił jego żona właśnie opuszczała łazienkę zawinięta w ręcznik kąpielowy. Wycierała włosy drugim, maleńkim jak ściereczka, taką namiastką ręcznika. Pachniało kąpielą i szamponem dla dzieci. Dobrze znał ten zapach ze stażu w szpitalach, ale i tak kojarzył mu się dobrze. Starał się na nią nie patrzyć. Herbata wciąż była gorąca, więc pociągnął kilka łyków wody z butelki. Położył się na boku tuż obok kartonu z jedzeniem i odchylił wieczko.
- Chodź jeść kolację póki ciepła. - zachęcał, a ona położyła się po drugiej stronie łóżka i z zapałem zabrała się do jedzenia mrucząc. Oboje byli głodni. Obiad jedli dość wcześnie.
Przemek przyglądał się dziewczynie z coraz większym zainteresowaniem. Jego żona była niebrzydka, trochę dziwna i strasznie uwikłana, a jednak coś go do niej ciągnęło. Wciąż nie mógł sobie przypomnieć, dlaczego właściwie się jej oświadczył. Była kompletnie nie w jego typie. Pociągała go, ale wolał kobiety w swoim wieku, a nie dopiero u progu świadomej dorosłości. Pewnie miała już ze dwadzieścia lat. Może trochę więcej. Zastanawiał się, jak to jest, ze im dłużej o niej myśli, tym bardziej jego ciało staje się pobudzone. Co będzie, jeśli zechce się z nią kochać? Przecież wychodząc za niego za mąż musiała brać to pod uwagę. Im dłużej myślał, tym bardziej planował uwiedzenie. Ale zanim przejdzie od planu, do jego wykonania, musiał się wykąpać. Marzył o tym i miał nadzieję, że woda będzie ciepła.

niedziela, 28 maja 2017

Spóźniony odcinek - Twix część 8


8
Kamila jechała już od kilku godzin i w końcu poczuła głód. Właściwie dwa głody, pierwszy umiejscowił się w żołądku i odczuwała go jako ssanie. Drugi na razie mieszkał w jej głowie, ale wiedziała, że stopniowo będzie zmieniał położenie. Uśmiechnęła się do siebie na sama myśl o pięknym facecie, pochrapującym w fotelu pasażera i mocno ścisnęła swój lewy sutek rozkoszując się dreszczem, który poczuła aż w czubkach palców u stóp.
Reklama stojąca przy drodze informowała, że za półtora kilometra będzie jakaś karczma w której będzie mogła zjeść i skorzystać z toalety. Zjechała na parking i postanowiła obudzić męża w sposób romantyczny. Odpięła pas, nachyliła się nad Przemkiem i pocałowała go w usta.
- Halo, pobudka. Pora zjeść obiad. - patrzyła jak nieprzytomnie mruga oczami, walczy o to, by się obudzić. Palcem obrysowała mu usta. - Pora się obudzić, śpiący królewiczu. - chłopak wzdrygnął się i odepchnął jej dłoń od ust.
- Osz, ja pierdolę – wyjęczał – kurwa, jaki zjazd. Po chuj mnie budzisz? Daj mi zdechnąć. Ale shit.
- Idziemy zjeść obiad. Musisz coś jeść. No dawaj, nasz GPS mówi, że tu mamy przerwę na żarło. Wysiadka.
- Nie mam mocy.
- Nie pieprz. Wyłaź. Trzeba było tyle nie wciągać.
- Ale rano było dobrze – jęczał. - strasznie mnie zmuliło.
- Konsekwencje, skarbie. Mniej wciągasz, mniej cierpisz. Ogarnij się. Zamów nam jakiś obiad. - wysiadła i zostawiła go w aucie zabierając kluczyki. Kiedy wyszła z toalety nadal nie było go w knajpce. Wyjrzała na zewnątrz i zastała go przy budce telefonicznej. Podbiegła i nacisnęła uchwyt słuchawki by rozłączyć rozmowę. Zdumiony popatrzył w jej wściekłą twarz – Czy ty w ogóle chcesz żyć, chłopaku? Czy się do piachu spieszysz? No, nie ogarniam! Podobno inteligent, bo lekarz, a durny jak dziecko! Do środka! - posłuchał i bez słowa sprzeciwu wszedł za młodą do lokalu. Nie miał siły walczyć o swoje. Nawet o ten głupi telefon do siostry.
W środku było ciemno i chłodno. Oczy Przemka odpoczywały od blasku słońca. Usiedli w pierwszym boksie przy drzwiach. Boazeria na ścianach sprawiała wrażenie, że lokalu nikt nie remontował od czasów PRL-u, ale to mu akurat nie przeszkadzało. Pozwolił żonie wybrać menu i od razu, gdy kelnerka przyniosła zupę, pożałował.
- Halo, proszę pani! - warknął wystarczająco głośno – Proszę zabrać te pomyje. - Kelnerka wróciła i zabrała miseczki z zupą. - Może macie coś świeżego, co nie śmierdzi miksem z lodówki? Ta zupę czuć aromatem waniliowym. Wali jak budyń. Ktoś w kuchni nie grzeszy trzeźwością. - wyżywał się na kobiecie.
- Dość. - Kamila położyła dłoń na jego zaciśniętej pięści. - Przepraszam. Mąż nie jest dziś sobą. Zupa jest okropna, ale to przecież nie pani wina. Pani podaje, nie gotuje. Proszę nam przynieść coś, co będzie świeże. Bardzo nam zależy.
- A dla mnie kawę i dwie pięćdziesiątki.
- Proszę mu podać dwie setki.
- Dobrze, proszę pani, zaraz podam. - Kelnerka wyszła zabierając tacę z zupą.
- A teraz powiedz mi, ty moje półtora nieszczęścia z przydziału, do kogo chciałeś zadzwonić? - drwiła z niego, a on czuł się tak źle, że nie miał nadziei, że wódka na to pomoże.
- Do rodziców – skłamał gładko.
- Maminsynek, co?
- Chciałem ich przeprosić za ten cały cyrk i wyjaśnić, że przez jakiś czas mnie nie będzie.
- To już załatwione. Napiszesz kilka kartek i załatwimy, żeby były wysłane z różnych miejsc w Europie. Posłuchaj Przemek. Dużo osób pracuje nad tym, by ten zryw się udał. Nie zepsuj tego. Nie zostawiaj śladów. Nie zachowuj się tak jak tu, bo ktoś nas zapamięta. Znam się na tym. Robię to pół życia. Zastanów się: chcesz żyć? Bo jak nie, to na co mi głupi mąż? Ja wszystko rozumiem. Masz zjazd, chciałbyś, żeby ci ktoś powiedział, że to się nie wydarzyło, marzysz, by usłyszeć, że nie było ślubu, nie strzelałeś do ludzi, nie musisz uciekać, ale to tylko marzenia. Czasu nie cofniesz, chlewu narobiłeś, trudno. Próbuje ocalić ci dupę, a ty wciąż się motasz jak młody. Może za kilka lat będziesz mógł wrócić i będzie spokój. Może psy gończe pójdą innym tropem, może zmieni się szef tu i ówdzie i nastanie błogi spokój. Tego nie wiemy. Jesteś dorosły. Pogódź się ze swoim życiem. Przez najbliższe trzy miechy ty jesteś mój, a ja jestem twoja. Trzeba przeżyć. Jasne, doktorku? A jak będziesz grzeczny, może dam Ci rozwód szybciej niż myślisz.
- Dobra. Już dobra. Rozumiem.
- To świetnie. - kelnerka przyniosła Przemkowi cztery pięćdziesiątki. Wypił wszystkie jedną po drugiej i zagryzł kromką chleba do zupy z koszyka na środku stołu. Nie zrobiło mu się lepiej, przynajmniej nie od razu. Za to zmysły zaczęły mu wracać do jakiejś misternej równowagi.
- Zaraz będzie zupa szczawiowa. A potem gulasz węgierski. Wszystko dzisiejsze i świeże. - tłumaczyła kelnerka. Kama podała kobiecie dyskretnie pięćdziesiąt złotych.
- Jesteśmy pani bardzo wdzięczni. - odprawiła ją dyskretnym gestem dłoni. Zwrócił na to uwagę, i zmieszał się, bo wyglądało to tak, jakby przywykła do wydawania poleceń obsłudze, a przecież mieszkała w bursie.
- Co powiedziałaś dziewczynom w internacie?
- Że jadę w podróż poślubną, a co?
- Nic, tak pytam, a dokąd?
- Do Słowacji.
- Czemu akurat tam?
- Wiesz, w Karaiby nikt by nie uwierzył, a Słowacja wydała mi się taka... bezpieczna i niedroga. Zły wybór?
- Dobry, jak każdy inny, który możesz uzasadnić. Mogę ci zadać niedyskretne pytanie? - wyjął z kieszeni Twixy odpakował i ugryzł od razu dwa.
- Możesz, ale nie gwarantuję, że odpowiem.
- Jasne, ciekawe, co u Twixa, nie? - jakby odwlekał to, co naprawdę miał powiedzieć.
- Pewnie sobie radzi. Zawsze sobie radzi. Musi.
- Ty chyba też. Mówiłaś, że nie chciałaś być dziwką. W życiu nie zawsze chcieć, znaczy móc. Jak to załatwiłaś?
- Stary miał szefa. Kiedy tu trafiłyśmy, był jego prawą ręką. Szef sam testował nowy towar. Twix była bardzo przestraszona, czułam, że muszę ją jakoś wybronić. Zawsze ja przed wszystkim broniłam, taka jestem, dbam o rodzinę. - kelnerka postawiła przed nimi kolejna zupę i znikła. Kamila spokojnie zaczęła jeść a Przemek kończył batony. - Poszłam pierwsza. Miałam zrobić mu laskę.
- I co?
- No w sumie nic. Odgryzłam mu.
- Co!?
- No, odgryzłam. Byłam cała we krwi, wszędzie miałam jego gorącą krew. W oczach w ustach, we włosach. Ohyda, mówię ci. Szef darł się jak opętany. Stary wparował do pokoju, stanął i patrzył. Potem przekręcił klucz w zamku. W sumie pozwoliliśmy się mu wykrwawić, bo ruchał dzieci. Wiesz, wszystko ma swoje granice. Potem Stary kazał go zawinąć w dywan i wywiózł go do fabryki karmy dla psów. Nic nie zostało, nawet zęby do identyfikacji zostały przerobione na mączkę kostną. Wtedy Stary został nowym szefem, ja byłam nietykalna, choć mi trochę wpieprzył, tak na pokaz. Twix też była nietykalna, bo się w nim zabujała, a jemu nie przeszkadzało, że jest dla niej jak tatusiek, i można by nawet powiedzieć, że mnie jakby adoptowali, heh. Oni się bawili w tatę i mamę do naszej osiemnastki, a potem się hajtnęli. Dla mnie było lepiej mieszkać w internacie, niż z nimi, więc się wyniosłam, by zachować pozory normalności. Tak było aż do teraz, a potem pojawiłeś się ty.
Przemek przestał przeżuwać batonik, gapił się na jedzącą zupę i opowiadającą spokojnie Kamilę i właśnie miał jej powiedzieć, że bardziej nonsensownej bzdury w życiu nie słyszał i że takie historie to może opowiadać tym, co po drabinie wspinają się do nocnika, ale popatrzyła na niego z takim zimnym skurwysyństwem w oczach, że zwątpił. Nie chciał wierzyć w to co powiedziała. Poczuł tyle niepokoju naraz, że nawet włosy na nogach stanęły mu dęba. Kamila nie mogła być wyrachowaną suką. Przecież grzecznie mieszkała w bursie, studiowała dwa kierunki chuj wie czego, i bez różowej peruki wyglądała jak typowa młoda dziewczyna.
- Czemu nie jesz? - zapytała. - Ta zupa jest dobra.
- Już jem. Zasłodziłem się batonem. Wybacz, że drążę temat, ale jak to przeżyłaś? To musiało być straszne. Miałaś piętnaście lat i no cóż... zabiłaś człowieka.
- Straszne? - była wyraźnie zdziwiona - Raczej konieczne. Zrobiłam co trzeba.
- No tak. - sam zdziwił się, że przytaknął. Sięgnął po łyżkę i zamieszał zupę. Pomyślał, że to jakaś socjopatka, że ona nie jest normalna, że może będzie musiał ją leczyć, ale póki co… no właśnie, póki co, co miał z tym zrobić? Zaczął jeść by uniknąć dalszej rozmowy. Kelnerka przyniosła drugie danie. Jadł powoli. Kama spojrzała na zegarek. Ktoś z piskiem opon ruszył spod karczmy a ona uśmiechnęła się zadowolona do swoich myśli. W ciszy dokończyli posiłek, zapłacili, a gdy wyszli nie było ich samochodu. Przemek złapał się za głowę. - I co teraz?
- Spokojnie, bejb. Wszystko zgodnie z planem. - podeszła do ciemnoszarej beemki i otworzyła drzwi. - Wsiadaj, to tylko zmiana wozu. Względy bezpieczeństwa. - Kiedy zajął miejsce i zapiął pasy podała mu butelkę z tą niesmaczną wodą. - napij się, bo będziesz miał kaca. - posłusznie przechylił butelkę. Kilka kilometrów dalej stanęła na parkingu, znowu przykryła go kocem i wyrzuciła do kosza butelkę. W jej miejsce postawiła identyczną i ruszyła z drogę. Kiedy przekraczała granicę Przemek nadal spał snem sprawiedliwego, a ona planowała kolejny ruch.