niedziela, 15 kwietnia 2018

Ostatnia zapowiedź przed premierą:



Gdy w środę pojawił się u niej przed ósmą rano, nie kryła zdziwienia.
– Co tu robisz?
– Odwożę dzieci do przedszkola, a żonę do szpitala. Nie pojedziesz z ciężką torbą autobusem – zdecydował za nią autorytarnie. – Klucze miałaś mi dać. Masz?
– Tak. Ten jest od górnego zamka – pokazywała – a ten od drzwi do ganku. Poczekaj, przedstawię cię pani Jance, skoro już tu jesteś.
Zbiegła ze schodów, a on ruszył za nią. Głośno zapukała w przeszklone drzwi na dole. Otworzyła jej wyprostowana jak struna emerytka w welurowym dresie.
– Pani Janeczko, to jest... mój Bartek. – Zarumieniła się, słysząc własne słowa. – Zajmie się chłopcami. Dałam mu klucze.
Mężczyzna przywitał się i przedstawił, całując starszą panią w drobną dłoń.
– Jakby co, służę pomocą – powiedziała, ale groźny mars nie zniknął z jej czoła. Kobieta z pewnością nie darzyła go sympatią.
– Będę pamiętał. To bardzo miłe. Dziękuję. Chłopcy, do auta! Chodź, kochanie, daj tę torbę.
Wziął bagaż w jedną rękę, a drugą chwycił zdziwioną żonę za łokieć i poprowadził do samochodu. Otworzył jej przednie drzwi. Rzeczy wrzucił do bagażnika i usiadł za kierownicą. Uśmiechał się do siebie. Niby takie nic, ale nazwała go swoim i natychmiast się tego zawstydziła. Czuł, że jest nieźle. Z tyłu auta zdyscyplinowany Maciek sprawnie przypinał brata w foteliku. Filip marudził, bo źle znosił myśl o rozstaniu z matką. Ojciec włączył chłopcu
piosenki z ulubionego dziecięcego kanału z bajkami, by odwrócić jego uwagę.
W przedszkolu Żaneta ucałowała dwa małe czółka, a gdy wróciła do samochodu, rozpłakała się. Łzy same płynęły po jej twarzy przez całą podróż. Oboje milczeli. Na szpitalnym parkingu Bartek otworzył jej drzwi, ale nie pozwolił wysiąść. Kucnął przy niej i popatrzył na zapuchniętą twarz.
– Co to było? – spytał stanowczym głosem. – Przyjechałaś tu umierać?
– Zostaw mnie – wyszeptała, wycierając twarz w chusteczkę.
– Tak jak ty mnie? Nie jestem taki. Ja rozmawiam, wyjaśniam, nie uciekam. Nie zostawiłbym cię w potrzebie. Dlaczego płaczesz? Boisz się? Tak? Czego? No powiedz coś. Nie rozpaczaj. Nic ci nie będzie. Dowiadywałem się. To nic groźnego. Zaopiekuję się dziećmi, nie ukradnę ich, nie wywiozę za granicę, nie zabiorę. Wiesz, że są ze mną bezpieczne. Za kilka dni będziesz w domu. – Pogłaskał ją dłonią po mokrym policzku. – Wszystko się ułoży, zobaczysz.
Nie płacz już. – Podał jej rękę.

wtorek, 3 kwietnia 2018

Komu jeszcze kawałeczek?


Matka Niny była bezsilna. Bardzo chciała zabrać do siebie córkę, ale mogła to zrobić za trzy miesiące. Płakała, zaciskając pięści w bezsilnej złości. Była wściekła na siebie i na swojego męża. Obrzucała najgorszym łajnem jego brata. Kiedy szok i niedowierzanie, że krzywda spotkała jej dziecko minęły, zadbała o wszystko, o co poprosili ją zastępczy rodzice. Wysłała im wszelkie pełnomocnictwa i dokumenty, a na koniec poprosiła o radę, jak rozmawiać z córką.
– A jak ty byś chciała, żeby twoja matka porozmawiała z tobą w takiej sytuacji? – Maman odwołała się do empatii rozmówczyni.
– Wytłumacz jej wszystko tak, jak nam, krok po kroku. Zapewnij, że jej nie zostawiłaś, obiecaj wspólne życie i przyleć po nią koniecznie za trzy miesiące. Po prostu dotrzymaj słowa. W tym czasie zorganizujemy jej terapię, ale musisz pamiętać, że mała już zawsze będzie uzależniona.
Zdruzgotana matka poprosiła o chwilę, by się przygotować. Maman zaniosła laptop do pokoju Niny i powiedziała do drzemiącej dziewczynki:
– Obudź się, Nino. Mama chce z tobą porozmawiać.
Ta zdziwiona zamrugała oczami i wpatrzona w ekran, wyszeptała:
– Mamusia...
Jej oblicze przybrało przejmująco smutny wyraz. Wyglądała bezbronnie. Po chwili zesztywniała, jakby nałożyła maskę kogoś, kto chce zapomnieć, by nie cierpieć.
– Natalko! Córeczko!
– Natalka is dead, mamo. Możesz mówić mi Nina. – Odpowiedź była harda. Świadczyła o tym, że dziecko całkowicie odcina się od traumy i przeszłości. Mała po prostu chciała być kimś innym.
– Kocham cię, córeczko. – Głos matki był spokojny i pewny.
– Zostawiłaś mnie z tymi bydlakami! – Zarzut padł szybko jak pocisk wystrzelony z kuszy.
– Nigdy sobie tego nie wybaczę. Kochanie, nie dopuściłabym do tego, żeby on zbliżył się do naszego domu, do ciebie, mój skarbie. Nie spodziewałam się, że brat ojca jest w kraju. Nie wyjechałabym, gdybym wiedziała... To zły człowiek, który ma ogromny wpływ na twojego ojca.
– To już nie jest mój ojciec. Mam nadzieję, że go zabiją w więzieniu, bo na to zasłużył.
– Ja też uważam, że żaden z nich nie ma prawa żyć. Porozmawiamy o tym innym razem, gdy poczujesz się lepiej, dobrze?
– Kiedy przylecisz? – Mała oschłym głosem zadała konkretne pytanie.
– Za trzy miesiące, myszko.
– Czyli znowu masz mnie w dupie, tak?

sobota, 31 marca 2018

Na zachętę: "Odzyskane dzieciństwo" - fragmencik



Gdy wychodził ze szpitala, zadzwoniła jego komórka. Był już na schodach i nie chciał wyjmować jej z kieszeni. Dopiero w maluchu sprawdził, kto się do niego dobija. Oddzwonił do Michaliny, zastanawiając się, czego dziewczyna od niego potrzebuje.
– Gdzie jesteś? Możesz gadać? – szeptała konspiracyjnie.
– Bo co?
– Muszę porozmawiać. Powiedziałeś, że z tobą zawsze mogę.
– Wal.
– Świszcz, tu nigdzie nie można kupić prezerwatyw!
Przymknął oczy. Próbował się opanować, ale nie bardzo mu wyszło, więc spytał nieco głośniej, niż zamierzał:
– A na chuj ci gumki, Miśka?!
– No właśnie – zrobiła pauzę. – Jakbyś nie wiedział na co. Będę karabin zabezpieczała przed piaskiem pustyni. Po co pytasz, jak wiesz? Ochłoń trochę. Drzesz się. I nie bądź zgredem, Świszcz. Zakochałam się. W porządku?
– No i co? Znasz go dopiero któryś tam dzień, bo zakładam, że chodzi o Siwego, tak? – ryknął na nią.
– No.
– I zakochałaś się tak bardzo, że od razu wyskakujesz z majtek? – Westchnął ciężko. – Dzisiejsza młodzież jest zepsuta i tępa. Młoda, czy ja o szacunku mówiłem do ściany? A buzi sobie dać? Za rączkę pochodzić? Pomacać się, porozmawiać, no cokolwiek, choćby książki poczytać. Dziewczyno, myśl głową, a nie od razu do łóżka!
– Ale ja go kocham...
Uśmiechnął się pod nosem.
– To pięknie. Ja się ogromnie cieszę, że go kochasz. Mam nadzieję, że on ciebie też i będzie z tego love story. Ale może dobrze by było, żeby pomyślał, że jesteś fajna dziewczyna, a nie osiedlowa lodziara, co? Poudawaj chociaż niezepsutą pannę! Miej skrupuły, dziewczyno, i zrób sobie dobrą reklamę. Kto chodzi do łóż-
ka od razu na pierwszej randce? No kto?
– Ja nie wiem. Nie chodzę na randki. U nas w szkole to niemodne. Lamus. Jarzysz?
– To ja ci powiem, że na pierwszej randce seks uprawiają nimfomanki, desperatki, szmaty i brzydule szukające męża. Miśka, jesteś brzydka?
– Nie. Tylko płaska.
– Szukasz męża?
Odpowiedział mu chichot.
– Poczekaj z bzykaniem do wakacji. Skończysz piętnaście lat i będzie ci wolno. Teraz to lipa. No pomyśl... latem jego za to nie zamkną, mnie nie zamkną za nieupilnowanie, nie będzie dymu, a ciebie babka nie dostanie na wychowanie, jak się wyda. Same plusy. I uwierz mi, że będzie romantyczniej.
– A to niby dlaczego?
– Bo latem, idiotko, goła dupa ci do niczego nie przymarznie. Jak kocha, to poczeka.
– Ale Marcin, ja bym chciała z nim stracić cnotę.
– Ale musisz już? Pali ci się? Umrzesz od tego? Przecież cnota cię nie uwiera!
– Nie, ale ja bym już chciała. Zależy mi.
– Powiedz mu o tym za tydzień i każ poczekać do wakacji. Zaufaj mi, romantyczność jest taka... słodka i niewinna. W sumie to akurat kompletnie do ciebie nie pasuje, ty zepsuta paskudo. Masz mnie słuchać. Jasne? Latem będzie fajniej!
– Więc nie wyślesz mi gumek?
– Nie. Ani jednej cholernej sztuki. Ufam ci. Obiecałaś się nie puszczać. Pamiętasz?
– Nie obiecałam. Przypominam ci, że to był szantaż.
– Jak zwał, tak zwał. Dasz radę? Szybko mów, że dasz.
– Świszcz... – zawahała się i odezwała ciszej: – Ale mogę mu zrobić loda? Co?

sobota, 24 lutego 2018

Wilcze kobiety to fajne babki!



 
  Lubię poznawać nowych ludzi, a jeśli do tego okazuje się, że mamy podobne poczucie humoru, jest bosko. Jakiś czas temu dzięki umowie z Agatą znalazłam się w grupie fanów Hanki Greń.
Jak ja lubię te babę fajną i swojską! Ona stale rozrabia. Najpierw ciągle ją fejs banował, bo bawią ją dokładnie te same rzeczy, co mnie. Potem pogadałyśmy i strasznie chciałam mieć tę jej najnowszą książkę. Kupiłam a ona się zakręciła i wysłała mi ją nie tam gdzie trzeba. Ha, ha, mówię Wam, Hanka – rozrabianka.
    Zdycham, znaczy leczę mordercze przeziębienie i zabójczy katar. Siedzę od rana okutana w kołdrę, szlafrok, dwa suche gorące termofory, popijam to kawę, to herbatkę i czytam. No w sumie już skończyłam, ale czytając przez cały dzień od ósmej rano pozwoliłam sobie ponękać autorkę swoimi komentarzami i pytaniami.
   Uwielbiam kiedy bohaterowie są charakterni i mają swoje specyficzne sposoby zachowania lub wyrażania. U Hani w „Wilczych kobietach” znajdziecie nie tylko słowa, które zobaczycie na oczy po raz pierwszy, bo to stuprocentowe regionalizmy, ale i gamę rzadkich fajnych imion damskich. Jej postacie są realne do bólu. Do tego rzucają teksty które przyprawiły mnie o banana na twarzy: tarpany, dobre wino z biedry, omdlały denat w trakcie rozkładu i takie tam drobiażdżki które świadczą o niezwykłej błyskotliwości autorki, i inteligentnym poczuciu humoru na najwyższym poziomie.
    Kilka dni temu Alek Rogoziński po tym, jak odebrał nagrodę za komedię kryminalną powiedział, że pisanie tego gatunku jest trudne, bo nie tylko musisz napisać kryminał, ale jeszcze zrobić to w sposób zabawny. On ma rację, a Hanna Greń nadaje się do tego doskonale.
Hanka – wielki szacun – jesteś boska (a teraz sobie wyzdrowieję i przeczytam wszystko co mają Twojego w bibliotece). Dzięki za autograf!

czwartek, 30 listopada 2017

Świąt nie będzie.


No to świąt nie będzie, pomyślał ze smutkiem Mikołaj podnosząc się z gleby i zbierając swoją umorusaną czapkę. Miał straszny tydzień, walczył i walczył, ale właśnie poległ ostatecznie. Miał dość. Wstał, otrzepał się z kurzu i błota, nawet przez moment potupał butami, jakby miał nadzieję, że w ten sposób sprawi, iż gruba warstwa mokrej brei zniknie z jego łokci i kolan. Mordę miał raczej całą, trochę mu się z nosa lało, ale po takim bucie na twarzy poddałby się i puścił farbę każdy kinol. No trudno. Jego kariera właśnie dobiegła końca. Wszyscy powinni się o tym dowiedzieć, trzeba by zrobić taki wpis na fejsie: „Mikołaj rezygnuje” albo jakiś bardziej dramatyczny, może: „cała prawda o porażce Mikołaja”.
A tak bardzo się starał, ale co zrobić, zesrało się i niczego już nie naprawi. Usiadł na ławce, wyjął szlugi i postanowił nie zadręczać się koszmarem minionego tygodnia. A przecież zaczęło się tak niewinnie w poniedziałek, od zwykłego przeglądu, bez którego pracować się nie da, a który od lat załatwiał u znajomego diagnosty. Beztrosko jak co roku zaparkował sanie na podjeździe, wyjął flachę łiskacza dla pana Janeczka, a tu cisza, Jasio nie tylko nie wynurzył się z warsztatu jak z brzucha smoka, ale i  okazało, że ma teraz kwaterę dwa metry pod ziemią.
Nowy majster zerknął na sanie i od razu pokręcił głową. Stare były, wiadomo. Podwozie przegniło i w dodatku okazało się, że gazy, które produkują renifery przekraczają dopuszczalną normę o dobrych kilka razy. On przez tyle lat przywykł, że zwierzaki smrodzą latając, a Unia niestety jeszcze nie. Niby nic, ale jednak cios. Na domiar wszystkiego cudowne Tico Mikołaja żadnym sposobem nie mieściło się do kominów, ale wtedy wciąż jeszcze był dobrej myśli. W końcu miał doskonały zespół i razem mogli zawsze coś wymyślić. Gdy wrócił do siebie odkrył, że zabawki nie są gotowe, bo Związek Zawodowy Elfów - Spolegliwość nie otrzymał podwyżki inflacyjnej, nie wspominając nawet i premii uznaniowej. Praca stanęła. Strajkujący grali w karty, popijali kakao i robili sobie selfie.  Cóż z próżnego i Salomon nie naleje. No bo niby skąd Mikołaj miał wziąć na podwyżki? Przecież jego działalność miała charakter wyłącznie charytatywny. Gar zupy by zorganizował gdzieś z Caritasu, ale kasę?
Chcąc nie chcąc usiadł w warsztacie i zaczął pracować sam, myśląc, że jak da dobry przykład, to strajk się skończy, Elfy zwiną styropian i całe zdarzenie po prostu przejdzie do historii w imię wyższego dobra, ale zamiast tego doczekał się histerii, krzyków i jęków. W efekcie tak sobie przywalił młotkiem w paluch, że zaczął kląć na czym świat stoi, budząc powszechne zgorszenie. Ten plan nie wypalił, trudno. 
Kolejny dzień nie przyniósł żadnych rozwiązań. Renifery nadal smrodziły powyżej norm, płozy byłe tępe jak politycy, a żaden uczciwy ani nieuczciwy diagnosta nie chciał postawić mu durnej pieczątki. Za to Elfy zamówiły sobie katering na koszt firmy, bo strajk owszem był, ale przecież nie głodowy. Kartony po pizzy walały się wszędzie, a faktura za posiłek była wystawiona z czternastodniowym terminem zapłaty a to on, niestety, był płatnikiem. Ze zmartwienia Mikołaj przespał cały dzień ssąc palec i głaskając się po głowie w momentach przebudzenia, mamrocząc przy tym do siebie, że dobry Mikuś był grzeczny, jak to robiła w dzieciństwie jego przygłucha niańka.
Środa miała być dniem przełomu. Pełen werwy odpalił tico i wyruszył do biura pracy w poszukiwaniu ludzi. Najpierw z zadowoleniem zauważył, że kolejka jest tak duża, że ze znalezieniem pracowników nie powinno być kłopotów. Dopiero potem ktoś go oświecił, że oni tu przyszli po zasiłek, a nie do roboty. To było dziwne. Ci ludzie byli dziwni.
Jako przyszły szef udał się do odpowiedniego biura, gdzie rozbawiony jego ofertą urzędnik aż rozpłakał się ze śmiechu. Popukał się w czoło znacząco i zapytał, z której choinki urwał się "pan biznesmen", że proponuje ludziom pracę, za którą wcale nie planuje im zapłacić? Co prawda mieli tu takich wielu, co posiadając po cztery fury pracownikom nie dawali zarobić, bo byli aż taaacy biedni, ale ci nigdy nie przyznawali się do tego wcale i ani jednym słowem.  Mydlili za to ludziom oczy, a to płacąc w fajkach z przemytu i winku z kartonu, a to wywalali ich po tygodniu, lub dwóch tak zwanego okresu próbnego na czarno, nie płacąc ani grosza. Jednak takiego tupetu jak Mikołaj nie miał żaden z nich. Po prostu zdaniem urzędnika nie dorastali mu do pięt, ale pomimo tego był nieugięty. Nie chciał zrozumieć, że to przecież dla ogólnie pojętego dobra ogółu, świąt, nastroju i tradycji. Miał to wszystko w nosie. Żadnego zrozumienia. No co za ludzie – dziwił się   brodacz. Pomysły mu się kończyły, a czasu było coraz mniej. Tak to jest, jak się bierze sobie za dużo na głowę. Taki Dziadek Mróz miał do pomocy managera. Wołali ją Śnieżynka, była słodka i miała cud kolanka. Co prawda po akcji „Me too” facet poszedł siedzieć, bo złożyła obszerne wyjaśnienia, ale nawet gdy go nie było, interes się kręcił. A u niego co? Smutek, i nieszczęścia. Tego wieczora Mikołaj upił się na smutno i zasnął w stajni. Rano cuchnął tak, że rozumiał doskonale decyzję diagnostów i fakt, że nawet dobra wóda nie była w stanie ich przekonać.
Czwartek zaczął od kąpieli. Po prostu musiał. Dopiero, gdy zlał swój skacowany łeb bardzo ciepłą wodą, dotarło do niego, że nie warto tracić nadziei. Ogarnął się i na głodniaka wybrał tam, gdzie z daleka wypatrzył tłum ludzi. Młodzi, zdrowi mężczyźni pewnym krokiem wyszli z kościoła. Pobożni. Ocenił ich na oko, i był niemal pewien, że ci powinni szybko zrozumieć ideę działania dla wspólnego dobra. Niestety, kompletnie nie potrafił ich przekonać do niczego. Najpierw spuścili mu łomot, bo jak brodaty, to albo Żyd, albo Arab – obaj wrogowie narodu.  Potem dostał poprawkę, bo jak  chce coś robić charytatywnie, to pewnie jest od Owsiaka - czyli wróg rządu na własne tegoż rządu życzenie, a na koniec jeszcze, jakby tego było mało wściekli się, gdy wspomniał o narodzeniu żydowskiego Mesjasza. Oni wierzyli w polskiego i żaden debil w czerwonym kubraczku nie będzie im wciskał zagranicznego kitu.
Mikołaj się załamał. Miał wrażenie, że jest jedyną osobą na świecie, której zależy na świętach. Bóg nie chciał mieć z nimi niczego wspólnego. Mówił, że urodziny zawsze obchodzili jedynie poganie. Jezus nabijał się, że go od dwóch tysięcy lat lulają, idioci, jak bobasa, gdy on jest potężnym królem w niebie. W sumie coraz bardziej go to wnerwiało, bo ileż można tolerować taką ignorancję. Nic dziwnego. Nawet ludzie nie chcieli pomóc Mikołajowi. Elfy strajkowały, renifery smrodziły… nic, tylko usiąść i płakać. Zrezygnowany odpalił  nową fajkę od tej, którą właśnie kończył. A potem rozejrzał się, i pomyślał, że być może ludzie poradzą sobie sami. Supermarkety zrobią im święta jak ta lala, prezenty kupią sobie sami, a duchowa otoczka… cóż, zawsze była mocno na wyrost i wydumana. Komu to wszystko potrzebne, jeśli nie handlowcom? A ci przecież świetnie sobie radzą.
Cóż było robić? Miki wstał, zgasił buciorem niedopałek i ruszył prosto do Tico rozmyślając o tym, że musi diametralnie zmienić swoje życie, babę jakąś znaleźć, dzieci narobić i z pięćset plus spłacić te cholerne Elfy, nim mu na głowę ściągną komornika.
Co go obchodzą jakieś święta? W końcu życie, które dalej się toczy to właśnie jemu zwaliło się na głowę.

sobota, 25 listopada 2017

fragment drugiego tomu powieści - jeden rozdział - tytułu, póki co, brak


2.
Zoriana siedziała po turecku na podłodze i nalewała do ogromnych lampek ciemne, czerwone wino. Cała butelka zmieściła się jej w dwóch sztukach. Obok niej leżały rozsypane podręczniki i zeszyty, zgarnęła je ręką i odepchnęła od siebie pod łóżko. Była zrezygnowana i groziło jej upicie się na smutno. Drzwi łazienki otworzyły się i wyszła z niej jej współlokatorka.
- Oszalałaś Zorka. Całą butelkę na pół? - śmiała się - Tak od razu? Poudawajmy chociaż, że nie mamy planu się skuć.
- Co mam ci powiedzieć, aniele? Dziś moja kolej. - Smętna mina Zoriany i lampka z winem podniesiona w solowym toaście miały na celu zmiękczyć dziewczynę, ale nie wyszło.
- A to co innego. Obiecałaś. Ty gadasz, ja słucham. Opowiedz mi o Kobie. - Angelika usiadła naprzeciw, ale nie sięgnęła jeszcze po monstrualną lampkę. Zoriana za to pociągnęła za swojej kilka solidnych łyków.
- Taaak. O pięknym Kobie, mówisz? No dobra. Jak ja go uwielbiałam. Nie uwierzyłabyś, jak bardzo może kochać nastolatka. - Angelika ze zrozumieniem pokiwała głową - Miałam kiedyś przyjaciela, dawno, jakby w innym życiu. I wcale nie chcę o tym mówić. - Ale przecież obiecała.

Sandro i Zoriana byli przyjaciółmi od dziecka. Mieszkali po dwóch stronach tej samej rozjeżdżonej drogi na której wybrzuszony bruk tworzył koleiny, a w nich stała woda po deszczu. To w tych kałużach bawili się razem jeszcze będąc małymi dziećmi. Całe dzieciństwo spędzili razem jak jeden organizm. Ganiali kury, łazili po płotach, strzelali z procy i wisieli na trzepaku nieopodal. Potem, gdy wyrośli już z błota, nadal spędzali wspólnie niemal cały wolny czas. W parze włóczyli się po lasach, razem chodzili do szkoły, nawet gdy matka jednego z nich wysyłała dzieciaka do sklepu, druga od razu korzystała z okazji bo wiadomo było, że i tak pójdą tam razem. Sandro i Zorka mówili tym samym językiem, do czasu, gdy oboje zaczęli dojrzewać. To wtedy kilka rzeczy się zmieniło. Jego oczy nadal i niezmiennie skupione były na dziewczynie, która została centrum jego kosmosu. Jej wzrok wypatrywał dyskretnie i w największej tajemnicy choćby cienia jego brata, pięknego i niezbyt grzecznego Koby.
Koba był trzy lata starszy od Sandro. Kochał swojego młodszego braciszka i razem z nim przeżywał wyprowadzkę w wioski. Niby nie przenosili się daleko, ale te dwadzieścia kilometrów, które nagle zaczęły dzielić Zorianę i Sandro było jak przepaść, bezdenna i ciemna. Rodzina chłopców przeniosła się za dolinę, a tam już nie było wolnej od Rosji Gruzji, była Czeczenia i spora część rodziny ich matki. Kraj był to inny, zdziwaczały, okutany Islamem jak wełnianym kującym szalem, obcym językiem i tradycjami, ale pełen dostatku dla ich rodziny Odległość sprawiła, że młodszy z braci uśmiechał się rzadziej, bo tęsknił do przyjaciółki. Było mu bez niej samotnie i choć jego ojciec twierdził, że chłopak musi okrzepnąć i przestać się bawić, Koba wydawał się rozumieć rozpacz brata. Dużo z nim rozmawiał i słuchał, jak ten snuł dalekosiężne plany.
Zoriana też tęskniła. Jej młode zakochane serduszko trzepotało w piersi wtedy, gdy słyszała od znajomych wieści o Kobie. Te o Sandro budziły jedynie ciepłe, siostrzane uczucia. Nie zdawała sobie nawet sprawy z tego, co czuje jej przyjaciel, przekonana, że chłopiec owszem, kocha ją, ale jedynie jak siostrę. Wolna od wiedzy o jego uczuciach i marzeniach snuła własne, kompletnie inne.
W dniu piętnastych urodzin Zoriany Sandro nazbierał pachnących kwiatów u podnóża zbocza i puścił się przez dolinę do Gruzji. Za nic miał konflikt zbrojny i wojsko, które stale patrolowało teren. Gnał przez polną drogę rowerem pożyczonym od brata. Tak dużo chciał powiedzieć swojej przyjaciółce, wszystko dokładnie przemyślał, przećwiczył, nawet omówił z bratem. Pędził jak wiatr, gnany tęsknotą do swojej nastoletniej miłości. Nie dojechał.
Gdyby miał wypadek, gdyby rower zsunął się ze zbocza, przewrócił, a nawet najechał na minę, nie byłoby aż takiej wielkiej rozpaczy, jak wtedy, gdy jego rodzina dowiedziała się, że Sandro nie wróci, bo został zastrzelony przez snajpera. W jego głowie była dziura, przez którą wyciekły wszystkie marzenia. Życie też uciekło w jednej chwili. Jego ojciec szalał w żałobie, głośno płakał i złorzeczył całemu światu. Matka przeklęła Zorianę, która nawet o tym nie wiedziała, a Koba… cóż, on miał własny plan. Po swojemu chciał spełnić marzenia swojego młodszego brata. Planował, jak zrobić to dla niego, by w jakiś pokręcony sposób uczcić jego pamięć. Tylko, że będąc jeszcze młodzieńcem nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo zły i krzywdzący jest jego plan, że złamie niewinne serce i mieni mu życie na zawsze.
Kiedy działania zbrojne ustały i sytuacja nieco okrzepła nadszedł czas szesnastych urodzin dziewczyny. We wsi nagle pojawił się Koba. Przyjechał tym samym rowerem, który przed rokiem pożyczył bratu. Dogadał się z pogranicznikami. Miał czas. Przyszedł odwiedzić stare kąty i dawnych znajomych. Spotkał Zorianę. Gdyby wiedziała, że przyjechał, sama wyszłaby mu naprzeciw, gdy tylko usłyszałaby, że się pojawił. Kiedy przyszedł wisiała na trzepaku głową na dół zaśmiewając się serdecznie. Jej małe siostry bawiły się obok w kałuży. Koba przywitał się z nią niedbale i stanął tak, by zasłonić sobą jej widok z podwórza. Małe dziewczynki rozbiegły się spłoszone gdy podniósł na nie głos kilka razy. Gdy zostali sami młodzieniec położył dłoń na każdym jej kolanie i wolno zsunął je, aż do jej pośladków. Nie odzywał się, głaskał je, a ona poczuła się ważna dla niego. Był aż nazbyt śmiały. Dorosły. Zoriana wstydziła się, że wisi na trzepaku jak dziecko, gdy dotyka jej wymarzony chłopiec, a on trzymając ją za pośladki spytał, czy pójdzie z nim na grób brata. Gdy zgodziła się, poprosił jej ojca, by pozwolił mu zabrać ją ze sobą tam, gdzie leżał Sandro. Pochowali chłopaka w dolinie, niedaleko miejsca w którym kula przeszyła mu skroń i zrzuciła z roweru. Szli w milczeniu. Dziewczyna zbierała wonne kwiaty nieświadoma, że Sandro dokładnie rok temu wiózł dla niej takie same. Nim dotarli, Koba chwycił ją za rękę, jakby się obawiał, że mu ucieknie. Zawstydziło ją to na chwilę, ale była też taka szczęśliwa. Poczuła że do niego należy. Złożyli kwiaty na grobie, każde pomodliło się w duchu i nim ruszyli w drogę powrotną, pocałował Zorkę raz, potem drugi, i po chwili pieścił ją zapamiętale leżącą tuż obok mogiły. Zoriana nawet nie próbowała opierać się młodemu mężczyźnie. Było jej dobrze, i była w nim zakochana. Pozwoliła mu dotykać się i chłonęła rozkosz. Była doskonale świadoma tego, co zaraz nastąpi, ale choć czekała, nie stało się. Koba podarował jej palcami orgazm, a potem tulił, aż oboje się otrząsnęli i bez słowa wyjaśnienia odprowadził ją do domu. Potem wsiadł na rower i odjechał. Dla nastolatki był to jednoznaczny dowód, że i jemu na niej zależy. Nie było dla niej ważne, że nie widziała go później przez cały rok. Żyła swym nastoletnim afektem, wspominając krew tętniącą w żyłach i jej szum mocno uderzającej do głowy.
Po roku Koba pojawił się znowu. Przyjechał motocyklem. Gruchot doskonale nadawał się do pokonywania granicznej doliny, a pogranicznicy nadal lubili bimber i przymykali oczy. Zoriana w dniu siedemnastych urodzin była jeszcze piękniejsza niż zwykle. Ojciec nie miał nic przeciw temu, by pojechała odwiedzić grób Sandro. Matka z troska pokręciła głową, nie podobało się jej to wcale.
Tym razem nim położył ją w bujnej trawie przy grobie brata, rozebrał ją powoli, a potem, choć wstydziła się tego bardzo, pieścił ją ustami tak dobrze, aż krzyknęła w ekstazie. Potem pomógł jej się ubrać i odwiózł do domu obiecując, że pojawi się za rok. Prosiła, by był szybciej, mówiła, że go kocha, zaklinała, ale pokręcił głową. Długo zastanawiała się, dlaczego robi jej takie właśnie prezenty w dniu urodzin. Wymyśliła, że pewnie czeka do jej pełnoletności, a wtedy oświadczy się i zawsze już będą razem. Kolejny rok upłynął jej na oczekiwaniu. Rodzice byli o nią nadzwyczaj spokojni. Nie interesowali jej chłopcy, nie latała wieczorami po chałupach, nie plotkowała z dziewczętami. Rychły ślub z ciężarną panną młodą nie groził tej rodzinie. Ktokolwiek próbował się do niej zbliżyć, odprawiała go z serdecznym uśmiechem. Nie okazywała nikomu nawet krzty zainteresowania.
W dniu osiemnastych urodzin od rana wypatrywał Koby przez okno. Gdy nie było go do południa postanowiła sama pójść zanieść kwiaty na grób Sandro. Miała nadzieję, że go tam spotka. Uplotła nieduży wieniec, by powiesić go na krzyżu. Niosła go na ramieniu całą drogę. Chciała tam, na miejscu poczekać na swojego ukochanego. Martwiła się, że może nie przekroczył granicy. Szła dobrą godzinę. Nie bała się, znała drogę. Nawet jej matka nie okazała w tym dniu niepokoju ani niezadowolenia, w końcu tym razem szła sama, nie z młodym mężczyzną.
Dostrzegła Kobę z daleka. Jego motocykl stał na skraju drogi, a on sam siedział tyłem do niej. Podbiegła, taka radosna, szczęśliwa z powodu spotkania, jakby jego przyczyna, magiczna lecz zła rocznica zupełnie dla niej nie istniała, lub była zgoła inna. Koba opierał się plecami o przytoczony na grób sporej wielkości kamień i pił bimber prosto z butelki. Niemal ją już opróżnił. Jego oczy były czerwone i przekrwione od gniewu, łez i alkoholu. Popatrzał na nią zdumiony.
- Po co przyszłaś? - zapytał, jakby nie rozumiał kompletnie jej obecności. - Zostaw mnie. Uciekaj, Zorka, wracaj do domu.
- Ale Koba, czekałam na ten dzień cały rok! - zaprotestowała śmiało.
- Na co czekałaś? Na swoje urodziny, czy na rocznicę śmierci Sandro?
- Na spotkanie z tobą, kochany.
- Spotkanie - żachnął się. - No tak. Marzenie, które uśmierciło małego Sandro.
Pozwolił jej usiąść obok siebie i nawet poczęstował ją letnim bimbrem prosto z butelki. Spróbowała i zaczęła kaszleć, łzy nadbiegły jej do oczu i potoczyły się po twarzy.
- Mój brat tak bardzo cię kochał, a nigdy nie widziałem, żebyś po nim płakała. - wytarł palcami jej buzię patrząc na nią zamglonym wzrokiem, pomyślała, że w jego głosie słychać pretensję.
- Nie wiedziałam co czuł. Był przyjacielem, bratem. Ja zawsze kochałam ciebie. - Chwyciła się jego reki i przytuliła do niej.
- Biedactwo. Chcesz się kochać, prawda? Myślałaś o tym cały rok. - podniosła na niego oczy. Nie było w nich wahania, czy wstydu.
- Tak. - zdjęła przez głowę białą, haftowaną bluzkę, sądząc, że tego od niej oczekuje i sięgnęła za plecy, by rozpiąć stanik.
- Zostaw, ja sam. - powstrzymał ją. Nie wiedząc, co zrobić z dłońmi zarzuciła mu je na kark, a potem stopniowo zapominała o wszystkim. O tym kim jest, gdzie jest i dlaczego. Była zdolną do eksplozji supernową, która, gdy rozbłysła na firmamencie niebios, obwieściła całemu światu swoje wejście w dorosłość ekstatycznym jękiem.
A potem przyszła rzeczywistość jak zimna jesienna ulewa. Koba wstał, wsiadł na motocykl i miał już odjechać, gdy spytała, czy zawiezie ją do domu. Nie miał takiego zamiaru. Sama przyszła to i sama wróci. Nie rozumiała niczego. Kochała go, a on był taki zły. Mówił, że zrobił to dla brata, że to Sandro pytał go o to, jak stopniowo wprowadzać ją w świat seksu, jak uwodzić skutecznie i sprawić jej rozkosz. Po to właśnie jechał wtedy do niej, by powiedzieć, że ją kocha, że będzie na nią czekał, do czasu, gdy osiągnie pełnoletniość, by za niego wyjść. To jego młodszy brat wszystko zaplanował, a Koba tylko wykonał, jak w hołdzie dla niego. Co urodziny o jeden krok dalej. Chciał, żeby była zadowolona, by było jej dobrze i przecież było, Koba zadbał o to dla niego. A na koniec miały być dziś oświadczyny i ślub. Tylko, że tego akurat Koba nie miał w planie. To nie była jego miłość, nie jego bajka. On ma swoją narzeczoną, taką, co nie bzykałaby się przy grobie martwego chłopaka. Potem kazał jej wracać do domu i odjechał.
Zoriana płakała. Siedziała oparta o kamień przy grobie Sandro i łzy ciekły ciurkiem z jej oczu. Nie miała siły wstać i pójść do domu. Czuła się taka pusta i oszukana. Rozpacz dławiła jej oddech. Przeżywała swoje pierwsze rozczarowanie w tak ogromnym żalem i smutkiem, że nie potrafiła pozbierać myśli. Nie czuła głodu, pragnienia, zimna ani upływu czasu. Wieczorem zaniepokojona matka znalazła ją nadal płacząca przy mogile chłopaka. Nie chciała z nią rozmawiać, ale nie udało się jej ukryć tej odrobiny krwi, która poplamiła jej ubranie. Matka spytała tylko, czy to był gwałt. Zaprzeczyła. Potem zapytała, czy to Koba. Zoriana rozpłakała się jeszcze bardziej. Mama usiadła obok, położyła głowę córki na swoich kolanach, otuliła dziecko ciepłą wełnianą chustą i gładziła ją po włosach szepcząc uspokajające słowa tak długo, aż dziewczyna otrząsnęła się na tyle, by wszystko jej opowiedzieć. A potem razem wróciły do domu. Było już bardzo ciemno. Gwiazdy lśniły jak oczy mokre od łez, a nad rozpaczą zranionej dziewczyny rozpostarł swój ciemny płaszcz znękany jej bólem kosmos. Nazajutrz, tuż po świcie jej ojciec wziął zapas bimbru dla pograniczników i przez granicę wyruszył do ojca chłopaka. Znali się tyle lat. Mieli do siebie szacunek. Stała się krzywda. To musiało zakończyć się ślubem i tak się zakończyło.

Angelika sączyła wolno zawartość swojej ogromnej lampki. Zoriana skończyła opowieść w momencie w którym ona nie zrobiłaby tego na pewno.
- I co dalej?
- Był ślub. On cały czas wściekły i zły, wiadomo, miał inną narzeczoną, a tu taki obrót sprawy. Tylko, że mi niewiele wtedy mówiono i jego też nie widziałam prawie wcale. Nawet się cieszyłam, miałam nadzieję, że wszystko się samo jakoś ułoży, ale wierz mi, aniele, nic nigdy nie dzieje się samo. To tylko dziecięce marzenia. Już w dniu ślubu zostałam kolosalnie upokorzona, jego matka nie chciała wziąć udziału w uroczystości, bo jednego chłopca jej powiodłam na zatracenie, a teraz i drugiego zabieram. Teść na nią nakrzyczał, na chwilę pomogło. Mimo wszystkiego nadal byłam jeszcze zakochana i pełna marzeń. Nie dziwiło mnie, że decyzję o ślubie podjęli ojcowie, ani to, że Koba nie pojawił się ani razu przed uroczystością. Na ślubie wyglądał źle. Pewnie miał kaca. A po wszystkim, gdy przyszła pora na bara- bara mój piękny mąż, Koba, powiedział, że nie może już na mnie patrzyć i wyszedł. Potem upokorzył mnie jeszcze kilka razy. W końcu mój ojciec widząc, że nic z tego nie będzie zaproponował, żebyśmy wyjechali za granice i tam się rozeszli, każde w swoją stronę, by nie robić we wsi zgorszenia i plotek. No i tak zrobiliśmy. Polecieliśmy do rodziny, do Kanady. To był straszny czas. Mój mąż wychodząc wieczorem z domu oświadczał, że idzie na dziwki. Ciągle pił. Tak bardzo się tego wstydziłam, jakbym to ja wykorzystała jego, a nie on mnie. A przecież ja go nie uwiodłam. Potem wyjechałam. On tam został, ja wróciłam do Europy. Chciałam się uczyć i dostałam się na uczelnię tutaj. Ojciec za nią płaci. Mój mąż do tej pory miał mnie w nosie, nie wiedział nawet, gdzie mnie szukać i tak było dobrze. Ale się popieprzyło.
- Co takiego się popieprzyło?
- Dziadek Koby umarł i zostawił mu majątek, bo jako jedyny ze swojego pokolenia w rodzinie żyje i się ustatkował. To znaczy ma żonę, czyli mnie. Tylko, że dopóki nie będziemy mieli dzieci, on dostanie tylko dziesiątą część majątku. Nie mamy ani rozwodu, ani dzieci więc testament nie jest ani wypełniony do końca, ani nieważny. Koba chce dostać całą kasę swojego dziadka i wrócić do Czeczenii. A ja tam za nic w świecie nie pojadę. Jeszcze myślę. Jeszcze oddycham wolnością. Tam teraz jest szariat. Islam. Wariat u władzy. A ja nie będę niczego udawać między fanatykami.
- Więc dlaczego tak się zdenerwowałaś, gdy zadzwoniła twoja siostra?
- Bo powiedziała, że jeszcze ze dwa razy Koba postawi ojcu bimber i będzie wiedział, gdzie mnie szukać, a gdy mnie znajdzie, będzie próbował mnie zmusić do powrotu nawet, gdyby miał mnie do niego, powiedzmy, przekonywać przemocą lub szantażem. Wiesz jak to mówią na Gruzińskiej wsi, nieposłuszną żonę a włosy i do roboty.
- No, to nie dobrze. Co planujesz?
- Muszę się ukryć. Dobrze, że nie zostało mi już żadne zaliczenie przez wakacjami. Wszystko mam odfajkowane.
- Mi właściwie pozostało tylko jedno. Kiedy tak o tym pomyślę, zaczynam mieć plan. W sumie zarys planu, albo nawet jego cień. Mówiłam ci, że dostałam maila od kumpeli z dawnej klasy w liceum?
- Nie. Coś ważnego?
- Właśnie nie wiem. Moje piętnastoletnia siostra próbuje wejść do łóżka mojemu mężowi. To niedobrze. Nie wiem co o tym myśleć. Martwię się o młodą. Jemu, jak wiesz, nie ufam. Musiałabym pojawić się na trochę w domu. Może właśnie trzeba wybrać się do domu na wakacje… Chcesz pojechać ze mną? Ty się ukryjesz, ja będę miała przyzwoitkę, może mu nawet powiem, że jesteś moim ochroniarzem albo, że jesteśmy kochankami.
- Oj przestań. To było tylko raz i tylko trochę. Parę niewinnych pocałunków. Już tyle nie pijemy. - Zoriana była zawstydzona – Miałyśmy do tego nie wracać.
- Wiem, ale to może mi się przydać. Nie chcę trafić do jego łóżka tylko dlatego, że on nie ma teraz kochanki.
- A nie ma?
- No właśnie nie wiem. Podobno już długo nie. A ja mam zobowiązania. Oficjalne otwarcie jego kompleksu sportowego ma się odbyć wkrótce, do tego moja fundacja potrzebuje większego budynku. Zorka, a ja tak bardzo boję się wracać. - westchnęła - Znowu się w nim zakocham jak idiotka i potem będę cierpieć.
- Bo mu głupie jesteśmy. Trzeba się czasem bzyknąć z byle kim i jak faceci mieć to z głowy. Ale nie, nam się wielkie miłości marzą. Świat się nad nami nie ulituje. Nie da nam dobrych chłopców w prezencie.
- To może chociaż mądrzy nam się trafią. - rozmarzyła się Lika
- A co, ten twój mąż głupi?
- No właśnie sama nie wiem. Pewnie lekkomyślny i impulsywny. Muszę z Topolowem pogadać. Teść mi doradzi jak to rozegrać, żeby Aloszy woda sodowa do głowy nie odbiła, kiedy przyjadę do domu.
Dokończyła wino i zamyśliła się. Nie umiała sobie wyobrazić, jak to będzie. Zebrała z podłogi zeszyty i książki i położyła się na łóżku. Zoriana wstała i wychodząc do kuchni zabrała ze sobą lampki i pustą butelkę. Tylko przed weekendem pozwalały sobie na takie szaleństwo. Jutro i tak miały pracować jako wolontariuszki w jadłodajni. Na szczęście dopiero od południa.
- Idę spać. Już dawno nie wygłosiłam takiego jak dziś monologu.
- Był interesujący. Zorka, Koba jest fajny, prawda?
- Koba zniszczy cię, zanim się obejrzysz. To nie jest dobry chłopak. Wie jak precyzyjnie przepołowić ludzkie serce jednym zdaniem. A czy jest fajny? Pytasz o seks?
- No.
- Nie wiem. Było mi cudowniej niż dziecku w wesołym miasteczku, ale musiałabym mieć jakąś skalę porównawczą. A Alosza?
- Cóż, jak nie sprawdzisz, nie będziesz wiedziała, bo ja nie zamierzam.
- Kłamiesz jak miraż, maleńka. Jak dla mnie dorosłaś do tego, by to sprawdzić i właśnie masz na to ochotę.
- Zamknij się, co? Pozwól mi hodować własne iluzje. Jestem w nich taka pewna siebie i nieugięta.
- I nigdy, absolutnie przenigdy się nie zakochujesz w łobuzach, którzy nieroztropnie pukają na twoich oczach ochroniarkę własnej siostry i to dosłownie chwilę po tym, gdy próbowali cię uwieść.
- Jak ty mnie dobrze znasz, Zoriana. Czasem myślę, że obie gadamy za dużo, ale możemy sobie ufać chyba właśnie dzięki temu, co?
- Tak działa szczerość, aniołku. Idź spać.
- Właśnie, a rano zadzwonię do teścia. To bardzo mądry facet.

wtorek, 24 października 2017

Od Papa Dance do "Ósmego cudu świata"



Kiedy Zosia wpadła na genialny pomysł, by w konkursie na stronie autorki Magdy Witkiewicz zaproponować, żebym to ja dostała trzymiesięczny dostęp do Storytela, nawet o tym nie wiedziałam. Ona chciała mnie oczywiście ratować, napisała więc, że w drodze do Berlina grozi mi słuchanie Papa Dance. Groziło. 'Książę miał piękną żonę' od tygodnia i w głowy nie mogłam wyrzucić tej okropnej piosenki od tego czasu, a jak mówią specjaliści - chcesz się pozbyć z głowy piosenki? Przesłuchaj ją od początku do końca, (szczegół, że mąż zabiłby mnie śmiechem, a dzieci patrzyłyby na mnie jak na UFOka z księżyca - mamo, to dicko polo? słuchasz popu? coś ci jest?).
Papa Dance to jakiś mało istotny fragment dzieciństwa i niezwykle interesujące jest to, że właśnie kiczu najtrudniej pozbyć się w pamięci. Nie wierzycie? Na pewno pamiętacie reklamy, zbliżone do was wiekiem :) tego się po prostu nie da uniknąć. (Przykłady? Pulokolor 89, szampon Kundelek, pij mleko, czy prusakolep)
Ale o czym to ja chciałam... A ! Już wracam do sedna. Storytel.
Moją pierwszą odsłuchaną lekturą było rozkładające mnie jak kanapę ze śmiechu "Lustereczko..." Alka Rogozińskiego, ale o tym już pisałam. Potem zabrałam się za "Ósmy cud świata" Magdy Witkiewicz. Zaczęło się tak spokojnie i cudownie, że dwa dni z rzędu zasypiałam podczas słuchania. Było mi dobrze i błogo. Doskonała lektorka o głosie odrobinę zbliżonym do samej autorki i doskonałej dykcji snuła ciepłą opowieść, a główna bohaterka co chwilę to zyskiwała i traciła w moich oczach. Była taka prawdziwa, że chciałam ją udusić i przytulić. Wnerwiała mnie brakiem zdecydowania, zaciekawiała odrobinę pokręconą moralnością, bo z jednej strony żyła z Jackiem bez zobowiązań a z drugiej nie wiedziała, czy powinna postąpić z Tomaszem, jak wietnamskie kobiety po wojnie. Miała skrupuły tam, gdzie milion innych dziewczyn machnęłoby ręką i nie miała ich w miejscach, gdzie zaczyna się społeczny ostracyzm w małych miejscowościach - cóż ona na szczęście była z Gdańska. :)
 Anka jest rzeczywista, podobna po trosze do każdej z nas. I ma takie zwykłe marzenia. Najzwyklejsze. Są jeszcze w jej życiu: Jacek którego nie potrafi pokochać oraz Tomasz z którym ma trzy światy i pół Ameryki, a do tego zwiedza z nim najpiękniejszą z zatok na ziemi. Część powieści opowiedzianą z punktu widzenia Tomasza czyta doskonały lektor. Ma taki głos, że uh!  (Same wiecie.)  Początkowo miałam wrażenie, że facet czyta przez mocno zaciśnięte zęby, ale po kilku minutach to uczucie zniknęło, a powieść nabrała niezwykle męskiego charakteru. To doskonały zabieg, który jest wyjątkowo przyjemny w odbiorze.
Co jeszcze mogę Wam powiedzieć o "Ósmym cudzie świata"? Pokochacie Wietnam. Zachwycicie się jego przysłowiami, od których rozpoczynają się kolejne rozdziały i legendami, tak innymi od naszych, a jednak cudownym. Magdalena oczaruje was opisami wycieczki, rejsu statkiem, a nawet wietnamskich ulic. Gdybym miała teraz, w tej chwili wybrać się na wycieczkę, bez wątpienia celem podróży byłby właśnie ten mało u nas znany kraj. Królowa happy endów, mistrzyni dobrych i doskonałych zakończeń i snucia ciepłych, emocjonujących opowieści nie zapomniała też o zabawnych fragmentach, ale żeby nie psuć Wam niespodzianki, nie powiem, co takiego można robić na ginekologicznym samolocie. :)
Nowa powieść Magdaleny Witkiewicz to klimatyczna podróż nie tylko po świecie, ale i naszej psychice. Odnajdziecie tam fragmenty siebie, może nawat własne obawy i wątpliwości. Daję słowo, to będzie dla Was przyjemna wyprawa.  
I wiecie co, gdybym wiedziała, że słuchając w aucie "Ósmego cudu świata" będę jechała tak spokojnie i płynnie, że mi dziesięciolatka uśnie po drodze, gdybym wcześniej odkryła, że słuchając człowiek przestaje gnać, nie łamie przepisów i jeździ trochę jak na emeryturze nie spiesząc się nigdzie, już dawno wzięłabym przykład z tych wszystkich, którzy słuchają za kierownicą.
To naprawdę taki mały cud, może nie ósmy, ale maleńki, nie czuć presji na drodze i wypoczywać, prowadząc.