piątek, 25 maja 2018

To nieszczęsne RODO.



Rodo – unia sobie życzy więc musi być. Strona:W sieci słów Zuzy Arczyńskiej i fanpage Zuzanna Arczyńska pisarka informują:
25 maja 2018 r. wejdzie w życie rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady Unii Europejskiej dotyczące ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu tych danych, czyli RODO. Pragnę poinformować, że wchodząc na mojego bloga i fanpage przyjmujesz do wiadomości poniższe:
1) Administratorem tej strony jest osoba fizyczna, Zuzanna Arczyńska (zuzanna.arczynska@gmail.com): https://www.facebook.com/wsiecislowzuzyarczynskiej/
2) Administratorem bloga W sieci słów Zuzy Arczyńskiej także jestem ja.
3) Każdy kto zostawia komentarz na stronie FP wyraża zgodę na przetwarzanie swoich danych osobowych w postaci: adresu e-mail, imienia i nazwiska, nick’a oraz numeru IP.
4) Podanie danych przez Użytkownika zawsze jest w pełni dobrowolne.
5) Administrator informuje, że stosuje na swojej stronie widgety pokazujące działania podejmowane przez niego na stronie, głównie na stronie Facebook. Mogą się też zdarzyć pliki cookies (ciasteczka) - dane informatyczne, w szczególności pliki tekstowe, które są przechowywane w urządzeniu końcowym Użytkownika [np. komputerze, smartfonie, tablecie], ponadto mogą być one odczytywane przez system teleinformatyczny Administratora.
6) Jeśli ogłoszę konkurs, a Ty bierzesz w nim udział automatycznie wyrażasz zgodę na:
  • publikację swoich danych - imię i nazwisko lub nick - w celu ogłoszenia zwycięzcy
  • przetwarzanie danych osobowych (imię, nazwisko, adres pocztowy, nr telefonu i inne) wyłącznie dla celów konkursowych
7) Dane zostaną wysłane przez Zwycięzcę do Administratora poprzez "wyślij wiadomość" na profilu na Facebooku, a po wysyłce nagrody i/lub potwierdzeniu jej odebrania, zostaną usunięte. Dane osobowe uczestników konkursu są przetwarzane wyłącznie w celu przeprowadzenia konkursu i tylko do momentu wysyłki nagrody.
8) Gromadzenie danych przez Administratora
Dane osobowe Administrator gromadzi z należytą starannością oraz odpowiednio chroni je przed dostępem do nich przez osoby do tego nieupoważnione.
9). Administrator nie udostępnia danych przekazywanych mu przez Użytkowników żadnym podmiotom trzecim.
10) Administrator nie jest w stanie określić czasu przechowywania zgromadzonych danych ze względu na ich specyfikę. Nie będą przechowywane dłużej niż do zamknięcia bloga.
Dane przetwarzane będą na podstawie Rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 roku w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (RODO) oraz ustawy z dnia 29 sierpnia 1997 r. o ochronie danych osobowych.

niedziela, 15 kwietnia 2018

Ostatnia zapowiedź przed premierą:



Gdy w środę pojawił się u niej przed ósmą rano, nie kryła zdziwienia.
– Co tu robisz?
– Odwożę dzieci do przedszkola, a żonę do szpitala. Nie pojedziesz z ciężką torbą autobusem – zdecydował za nią autorytarnie. – Klucze miałaś mi dać. Masz?
– Tak. Ten jest od górnego zamka – pokazywała – a ten od drzwi do ganku. Poczekaj, przedstawię cię pani Jance, skoro już tu jesteś.
Zbiegła ze schodów, a on ruszył za nią. Głośno zapukała w przeszklone drzwi na dole. Otworzyła jej wyprostowana jak struna emerytka w welurowym dresie.
– Pani Janeczko, to jest... mój Bartek. – Zarumieniła się, słysząc własne słowa. – Zajmie się chłopcami. Dałam mu klucze.
Mężczyzna przywitał się i przedstawił, całując starszą panią w drobną dłoń.
– Jakby co, służę pomocą – powiedziała, ale groźny mars nie zniknął z jej czoła. Kobieta z pewnością nie darzyła go sympatią.
– Będę pamiętał. To bardzo miłe. Dziękuję. Chłopcy, do auta! Chodź, kochanie, daj tę torbę.
Wziął bagaż w jedną rękę, a drugą chwycił zdziwioną żonę za łokieć i poprowadził do samochodu. Otworzył jej przednie drzwi. Rzeczy wrzucił do bagażnika i usiadł za kierownicą. Uśmiechał się do siebie. Niby takie nic, ale nazwała go swoim i natychmiast się tego zawstydziła. Czuł, że jest nieźle. Z tyłu auta zdyscyplinowany Maciek sprawnie przypinał brata w foteliku. Filip marudził, bo źle znosił myśl o rozstaniu z matką. Ojciec włączył chłopcu
piosenki z ulubionego dziecięcego kanału z bajkami, by odwrócić jego uwagę.
W przedszkolu Żaneta ucałowała dwa małe czółka, a gdy wróciła do samochodu, rozpłakała się. Łzy same płynęły po jej twarzy przez całą podróż. Oboje milczeli. Na szpitalnym parkingu Bartek otworzył jej drzwi, ale nie pozwolił wysiąść. Kucnął przy niej i popatrzył na zapuchniętą twarz.
– Co to było? – spytał stanowczym głosem. – Przyjechałaś tu umierać?
– Zostaw mnie – wyszeptała, wycierając twarz w chusteczkę.
– Tak jak ty mnie? Nie jestem taki. Ja rozmawiam, wyjaśniam, nie uciekam. Nie zostawiłbym cię w potrzebie. Dlaczego płaczesz? Boisz się? Tak? Czego? No powiedz coś. Nie rozpaczaj. Nic ci nie będzie. Dowiadywałem się. To nic groźnego. Zaopiekuję się dziećmi, nie ukradnę ich, nie wywiozę za granicę, nie zabiorę. Wiesz, że są ze mną bezpieczne. Za kilka dni będziesz w domu. – Pogłaskał ją dłonią po mokrym policzku. – Wszystko się ułoży, zobaczysz.
Nie płacz już. – Podał jej rękę.

wtorek, 3 kwietnia 2018

Komu jeszcze kawałeczek?


Matka Niny była bezsilna. Bardzo chciała zabrać do siebie córkę, ale mogła to zrobić za trzy miesiące. Płakała, zaciskając pięści w bezsilnej złości. Była wściekła na siebie i na swojego męża. Obrzucała najgorszym łajnem jego brata. Kiedy szok i niedowierzanie, że krzywda spotkała jej dziecko minęły, zadbała o wszystko, o co poprosili ją zastępczy rodzice. Wysłała im wszelkie pełnomocnictwa i dokumenty, a na koniec poprosiła o radę, jak rozmawiać z córką.
– A jak ty byś chciała, żeby twoja matka porozmawiała z tobą w takiej sytuacji? – Maman odwołała się do empatii rozmówczyni.
– Wytłumacz jej wszystko tak, jak nam, krok po kroku. Zapewnij, że jej nie zostawiłaś, obiecaj wspólne życie i przyleć po nią koniecznie za trzy miesiące. Po prostu dotrzymaj słowa. W tym czasie zorganizujemy jej terapię, ale musisz pamiętać, że mała już zawsze będzie uzależniona.
Zdruzgotana matka poprosiła o chwilę, by się przygotować. Maman zaniosła laptop do pokoju Niny i powiedziała do drzemiącej dziewczynki:
– Obudź się, Nino. Mama chce z tobą porozmawiać.
Ta zdziwiona zamrugała oczami i wpatrzona w ekran, wyszeptała:
– Mamusia...
Jej oblicze przybrało przejmująco smutny wyraz. Wyglądała bezbronnie. Po chwili zesztywniała, jakby nałożyła maskę kogoś, kto chce zapomnieć, by nie cierpieć.
– Natalko! Córeczko!
– Natalka is dead, mamo. Możesz mówić mi Nina. – Odpowiedź była harda. Świadczyła o tym, że dziecko całkowicie odcina się od traumy i przeszłości. Mała po prostu chciała być kimś innym.
– Kocham cię, córeczko. – Głos matki był spokojny i pewny.
– Zostawiłaś mnie z tymi bydlakami! – Zarzut padł szybko jak pocisk wystrzelony z kuszy.
– Nigdy sobie tego nie wybaczę. Kochanie, nie dopuściłabym do tego, żeby on zbliżył się do naszego domu, do ciebie, mój skarbie. Nie spodziewałam się, że brat ojca jest w kraju. Nie wyjechałabym, gdybym wiedziała... To zły człowiek, który ma ogromny wpływ na twojego ojca.
– To już nie jest mój ojciec. Mam nadzieję, że go zabiją w więzieniu, bo na to zasłużył.
– Ja też uważam, że żaden z nich nie ma prawa żyć. Porozmawiamy o tym innym razem, gdy poczujesz się lepiej, dobrze?
– Kiedy przylecisz? – Mała oschłym głosem zadała konkretne pytanie.
– Za trzy miesiące, myszko.
– Czyli znowu masz mnie w dupie, tak?

sobota, 31 marca 2018

Na zachętę: "Odzyskane dzieciństwo" - fragmencik



Gdy wychodził ze szpitala, zadzwoniła jego komórka. Był już na schodach i nie chciał wyjmować jej z kieszeni. Dopiero w maluchu sprawdził, kto się do niego dobija. Oddzwonił do Michaliny, zastanawiając się, czego dziewczyna od niego potrzebuje.
– Gdzie jesteś? Możesz gadać? – szeptała konspiracyjnie.
– Bo co?
– Muszę porozmawiać. Powiedziałeś, że z tobą zawsze mogę.
– Wal.
– Świszcz, tu nigdzie nie można kupić prezerwatyw!
Przymknął oczy. Próbował się opanować, ale nie bardzo mu wyszło, więc spytał nieco głośniej, niż zamierzał:
– A na chuj ci gumki, Miśka?!
– No właśnie – zrobiła pauzę. – Jakbyś nie wiedział na co. Będę karabin zabezpieczała przed piaskiem pustyni. Po co pytasz, jak wiesz? Ochłoń trochę. Drzesz się. I nie bądź zgredem, Świszcz. Zakochałam się. W porządku?
– No i co? Znasz go dopiero któryś tam dzień, bo zakładam, że chodzi o Siwego, tak? – ryknął na nią.
– No.
– I zakochałaś się tak bardzo, że od razu wyskakujesz z majtek? – Westchnął ciężko. – Dzisiejsza młodzież jest zepsuta i tępa. Młoda, czy ja o szacunku mówiłem do ściany? A buzi sobie dać? Za rączkę pochodzić? Pomacać się, porozmawiać, no cokolwiek, choćby książki poczytać. Dziewczyno, myśl głową, a nie od razu do łóżka!
– Ale ja go kocham...
Uśmiechnął się pod nosem.
– To pięknie. Ja się ogromnie cieszę, że go kochasz. Mam nadzieję, że on ciebie też i będzie z tego love story. Ale może dobrze by było, żeby pomyślał, że jesteś fajna dziewczyna, a nie osiedlowa lodziara, co? Poudawaj chociaż niezepsutą pannę! Miej skrupuły, dziewczyno, i zrób sobie dobrą reklamę. Kto chodzi do łóż-
ka od razu na pierwszej randce? No kto?
– Ja nie wiem. Nie chodzę na randki. U nas w szkole to niemodne. Lamus. Jarzysz?
– To ja ci powiem, że na pierwszej randce seks uprawiają nimfomanki, desperatki, szmaty i brzydule szukające męża. Miśka, jesteś brzydka?
– Nie. Tylko płaska.
– Szukasz męża?
Odpowiedział mu chichot.
– Poczekaj z bzykaniem do wakacji. Skończysz piętnaście lat i będzie ci wolno. Teraz to lipa. No pomyśl... latem jego za to nie zamkną, mnie nie zamkną za nieupilnowanie, nie będzie dymu, a ciebie babka nie dostanie na wychowanie, jak się wyda. Same plusy. I uwierz mi, że będzie romantyczniej.
– A to niby dlaczego?
– Bo latem, idiotko, goła dupa ci do niczego nie przymarznie. Jak kocha, to poczeka.
– Ale Marcin, ja bym chciała z nim stracić cnotę.
– Ale musisz już? Pali ci się? Umrzesz od tego? Przecież cnota cię nie uwiera!
– Nie, ale ja bym już chciała. Zależy mi.
– Powiedz mu o tym za tydzień i każ poczekać do wakacji. Zaufaj mi, romantyczność jest taka... słodka i niewinna. W sumie to akurat kompletnie do ciebie nie pasuje, ty zepsuta paskudo. Masz mnie słuchać. Jasne? Latem będzie fajniej!
– Więc nie wyślesz mi gumek?
– Nie. Ani jednej cholernej sztuki. Ufam ci. Obiecałaś się nie puszczać. Pamiętasz?
– Nie obiecałam. Przypominam ci, że to był szantaż.
– Jak zwał, tak zwał. Dasz radę? Szybko mów, że dasz.
– Świszcz... – zawahała się i odezwała ciszej: – Ale mogę mu zrobić loda? Co?

sobota, 24 lutego 2018

Wilcze kobiety to fajne babki!



 
  Lubię poznawać nowych ludzi, a jeśli do tego okazuje się, że mamy podobne poczucie humoru, jest bosko. Jakiś czas temu dzięki umowie z Agatą znalazłam się w grupie fanów Hanki Greń.
Jak ja lubię te babę fajną i swojską! Ona stale rozrabia. Najpierw ciągle ją fejs banował, bo bawią ją dokładnie te same rzeczy, co mnie. Potem pogadałyśmy i strasznie chciałam mieć tę jej najnowszą książkę. Kupiłam a ona się zakręciła i wysłała mi ją nie tam gdzie trzeba. Ha, ha, mówię Wam, Hanka – rozrabianka.
    Zdycham, znaczy leczę mordercze przeziębienie i zabójczy katar. Siedzę od rana okutana w kołdrę, szlafrok, dwa suche gorące termofory, popijam to kawę, to herbatkę i czytam. No w sumie już skończyłam, ale czytając przez cały dzień od ósmej rano pozwoliłam sobie ponękać autorkę swoimi komentarzami i pytaniami.
   Uwielbiam kiedy bohaterowie są charakterni i mają swoje specyficzne sposoby zachowania lub wyrażania. U Hani w „Wilczych kobietach” znajdziecie nie tylko słowa, które zobaczycie na oczy po raz pierwszy, bo to stuprocentowe regionalizmy, ale i gamę rzadkich fajnych imion damskich. Jej postacie są realne do bólu. Do tego rzucają teksty które przyprawiły mnie o banana na twarzy: tarpany, dobre wino z biedry, omdlały denat w trakcie rozkładu i takie tam drobiażdżki które świadczą o niezwykłej błyskotliwości autorki, i inteligentnym poczuciu humoru na najwyższym poziomie.
    Kilka dni temu Alek Rogoziński po tym, jak odebrał nagrodę za komedię kryminalną powiedział, że pisanie tego gatunku jest trudne, bo nie tylko musisz napisać kryminał, ale jeszcze zrobić to w sposób zabawny. On ma rację, a Hanna Greń nadaje się do tego doskonale.
Hanka – wielki szacun – jesteś boska (a teraz sobie wyzdrowieję i przeczytam wszystko co mają Twojego w bibliotece). Dzięki za autograf!

czwartek, 30 listopada 2017

Świąt nie będzie.


No to świąt nie będzie, pomyślał ze smutkiem Mikołaj podnosząc się z gleby i zbierając swoją umorusaną czapkę. Miał straszny tydzień, walczył i walczył, ale właśnie poległ ostatecznie. Miał dość. Wstał, otrzepał się z kurzu i błota, nawet przez moment potupał butami, jakby miał nadzieję, że w ten sposób sprawi, iż gruba warstwa mokrej brei zniknie z jego łokci i kolan. Mordę miał raczej całą, trochę mu się z nosa lało, ale po takim bucie na twarzy poddałby się i puścił farbę każdy kinol. No trudno. Jego kariera właśnie dobiegła końca. Wszyscy powinni się o tym dowiedzieć, trzeba by zrobić taki wpis na fejsie: „Mikołaj rezygnuje” albo jakiś bardziej dramatyczny, może: „cała prawda o porażce Mikołaja”.
A tak bardzo się starał, ale co zrobić, zesrało się i niczego już nie naprawi. Usiadł na ławce, wyjął szlugi i postanowił nie zadręczać się koszmarem minionego tygodnia. A przecież zaczęło się tak niewinnie w poniedziałek, od zwykłego przeglądu, bez którego pracować się nie da, a który od lat załatwiał u znajomego diagnosty. Beztrosko jak co roku zaparkował sanie na podjeździe, wyjął flachę łiskacza dla pana Janeczka, a tu cisza, Jasio nie tylko nie wynurzył się z warsztatu jak z brzucha smoka, ale i  okazało, że ma teraz kwaterę dwa metry pod ziemią.
Nowy majster zerknął na sanie i od razu pokręcił głową. Stare były, wiadomo. Podwozie przegniło i w dodatku okazało się, że gazy, które produkują renifery przekraczają dopuszczalną normę o dobrych kilka razy. On przez tyle lat przywykł, że zwierzaki smrodzą latając, a Unia niestety jeszcze nie. Niby nic, ale jednak cios. Na domiar wszystkiego cudowne Tico Mikołaja żadnym sposobem nie mieściło się do kominów, ale wtedy wciąż jeszcze był dobrej myśli. W końcu miał doskonały zespół i razem mogli zawsze coś wymyślić. Gdy wrócił do siebie odkrył, że zabawki nie są gotowe, bo Związek Zawodowy Elfów - Spolegliwość nie otrzymał podwyżki inflacyjnej, nie wspominając nawet i premii uznaniowej. Praca stanęła. Strajkujący grali w karty, popijali kakao i robili sobie selfie.  Cóż z próżnego i Salomon nie naleje. No bo niby skąd Mikołaj miał wziąć na podwyżki? Przecież jego działalność miała charakter wyłącznie charytatywny. Gar zupy by zorganizował gdzieś z Caritasu, ale kasę?
Chcąc nie chcąc usiadł w warsztacie i zaczął pracować sam, myśląc, że jak da dobry przykład, to strajk się skończy, Elfy zwiną styropian i całe zdarzenie po prostu przejdzie do historii w imię wyższego dobra, ale zamiast tego doczekał się histerii, krzyków i jęków. W efekcie tak sobie przywalił młotkiem w paluch, że zaczął kląć na czym świat stoi, budząc powszechne zgorszenie. Ten plan nie wypalił, trudno. 
Kolejny dzień nie przyniósł żadnych rozwiązań. Renifery nadal smrodziły powyżej norm, płozy byłe tępe jak politycy, a żaden uczciwy ani nieuczciwy diagnosta nie chciał postawić mu durnej pieczątki. Za to Elfy zamówiły sobie katering na koszt firmy, bo strajk owszem był, ale przecież nie głodowy. Kartony po pizzy walały się wszędzie, a faktura za posiłek była wystawiona z czternastodniowym terminem zapłaty a to on, niestety, był płatnikiem. Ze zmartwienia Mikołaj przespał cały dzień ssąc palec i głaskając się po głowie w momentach przebudzenia, mamrocząc przy tym do siebie, że dobry Mikuś był grzeczny, jak to robiła w dzieciństwie jego przygłucha niańka.
Środa miała być dniem przełomu. Pełen werwy odpalił tico i wyruszył do biura pracy w poszukiwaniu ludzi. Najpierw z zadowoleniem zauważył, że kolejka jest tak duża, że ze znalezieniem pracowników nie powinno być kłopotów. Dopiero potem ktoś go oświecił, że oni tu przyszli po zasiłek, a nie do roboty. To było dziwne. Ci ludzie byli dziwni.
Jako przyszły szef udał się do odpowiedniego biura, gdzie rozbawiony jego ofertą urzędnik aż rozpłakał się ze śmiechu. Popukał się w czoło znacząco i zapytał, z której choinki urwał się "pan biznesmen", że proponuje ludziom pracę, za którą wcale nie planuje im zapłacić? Co prawda mieli tu takich wielu, co posiadając po cztery fury pracownikom nie dawali zarobić, bo byli aż taaacy biedni, ale ci nigdy nie przyznawali się do tego wcale i ani jednym słowem.  Mydlili za to ludziom oczy, a to płacąc w fajkach z przemytu i winku z kartonu, a to wywalali ich po tygodniu, lub dwóch tak zwanego okresu próbnego na czarno, nie płacąc ani grosza. Jednak takiego tupetu jak Mikołaj nie miał żaden z nich. Po prostu zdaniem urzędnika nie dorastali mu do pięt, ale pomimo tego był nieugięty. Nie chciał zrozumieć, że to przecież dla ogólnie pojętego dobra ogółu, świąt, nastroju i tradycji. Miał to wszystko w nosie. Żadnego zrozumienia. No co za ludzie – dziwił się   brodacz. Pomysły mu się kończyły, a czasu było coraz mniej. Tak to jest, jak się bierze sobie za dużo na głowę. Taki Dziadek Mróz miał do pomocy managera. Wołali ją Śnieżynka, była słodka i miała cud kolanka. Co prawda po akcji „Me too” facet poszedł siedzieć, bo złożyła obszerne wyjaśnienia, ale nawet gdy go nie było, interes się kręcił. A u niego co? Smutek, i nieszczęścia. Tego wieczora Mikołaj upił się na smutno i zasnął w stajni. Rano cuchnął tak, że rozumiał doskonale decyzję diagnostów i fakt, że nawet dobra wóda nie była w stanie ich przekonać.
Czwartek zaczął od kąpieli. Po prostu musiał. Dopiero, gdy zlał swój skacowany łeb bardzo ciepłą wodą, dotarło do niego, że nie warto tracić nadziei. Ogarnął się i na głodniaka wybrał tam, gdzie z daleka wypatrzył tłum ludzi. Młodzi, zdrowi mężczyźni pewnym krokiem wyszli z kościoła. Pobożni. Ocenił ich na oko, i był niemal pewien, że ci powinni szybko zrozumieć ideę działania dla wspólnego dobra. Niestety, kompletnie nie potrafił ich przekonać do niczego. Najpierw spuścili mu łomot, bo jak brodaty, to albo Żyd, albo Arab – obaj wrogowie narodu.  Potem dostał poprawkę, bo jak  chce coś robić charytatywnie, to pewnie jest od Owsiaka - czyli wróg rządu na własne tegoż rządu życzenie, a na koniec jeszcze, jakby tego było mało wściekli się, gdy wspomniał o narodzeniu żydowskiego Mesjasza. Oni wierzyli w polskiego i żaden debil w czerwonym kubraczku nie będzie im wciskał zagranicznego kitu.
Mikołaj się załamał. Miał wrażenie, że jest jedyną osobą na świecie, której zależy na świętach. Bóg nie chciał mieć z nimi niczego wspólnego. Mówił, że urodziny zawsze obchodzili jedynie poganie. Jezus nabijał się, że go od dwóch tysięcy lat lulają, idioci, jak bobasa, gdy on jest potężnym królem w niebie. W sumie coraz bardziej go to wnerwiało, bo ileż można tolerować taką ignorancję. Nic dziwnego. Nawet ludzie nie chcieli pomóc Mikołajowi. Elfy strajkowały, renifery smrodziły… nic, tylko usiąść i płakać. Zrezygnowany odpalił  nową fajkę od tej, którą właśnie kończył. A potem rozejrzał się, i pomyślał, że być może ludzie poradzą sobie sami. Supermarkety zrobią im święta jak ta lala, prezenty kupią sobie sami, a duchowa otoczka… cóż, zawsze była mocno na wyrost i wydumana. Komu to wszystko potrzebne, jeśli nie handlowcom? A ci przecież świetnie sobie radzą.
Cóż było robić? Miki wstał, zgasił buciorem niedopałek i ruszył prosto do Tico rozmyślając o tym, że musi diametralnie zmienić swoje życie, babę jakąś znaleźć, dzieci narobić i z pięćset plus spłacić te cholerne Elfy, nim mu na głowę ściągną komornika.
Co go obchodzą jakieś święta? W końcu życie, które dalej się toczy to właśnie jemu zwaliło się na głowę.