czwartek, 30 listopada 2017

Świąt nie będzie.


No to świąt nie będzie, pomyślał ze smutkiem Mikołaj podnosząc się z gleby i zbierając swoją umorusaną czapkę. Miał straszny tydzień, walczył i walczył, ale właśnie poległ ostatecznie. Miał dość. Wstał, otrzepał się z kurzu i błota, nawet przez moment potupał butami, jakby miał nadzieję, że w ten sposób sprawi, iż gruba warstwa mokrej brei zniknie z jego łokci i kolan. Mordę miał raczej całą, trochę mu się z nosa lało, ale po takim bucie na twarzy poddałby się i puścił farbę każdy kinol. No trudno. Jego kariera właśnie dobiegła końca. Wszyscy powinni się o tym dowiedzieć, trzeba by zrobić taki wpis na fejsie: „Mikołaj rezygnuje” albo jakiś bardziej dramatyczny, może: „cała prawda o porażce Mikołaja”.
A tak bardzo się starał, ale co zrobić, zesrało się i niczego już nie naprawi. Usiadł na ławce, wyjął szlugi i postanowił nie zadręczać się koszmarem minionego tygodnia. A przecież zaczęło się tak niewinnie w poniedziałek, od zwykłego przeglądu, bez którego pracować się nie da, a który od lat załatwiał u znajomego diagnosty. Beztrosko jak co roku zaparkował sanie na podjeździe, wyjął flachę łiskacza dla pana Janeczka, a tu cisza, Jasio nie tylko nie wynurzył się z warsztatu jak z brzucha smoka, ale i  okazało, że ma teraz kwaterę dwa metry pod ziemią.
Nowy majster zerknął na sanie i od razu pokręcił głową. Stare były, wiadomo. Podwozie przegniło i w dodatku okazało się, że gazy, które produkują renifery przekraczają dopuszczalną normę o dobrych kilka razy. On przez tyle lat przywykł, że zwierzaki smrodzą latając, a Unia niestety jeszcze nie. Niby nic, ale jednak cios. Na domiar wszystkiego cudowne Tico Mikołaja żadnym sposobem nie mieściło się do kominów, ale wtedy wciąż jeszcze był dobrej myśli. W końcu miał doskonały zespół i razem mogli zawsze coś wymyślić. Gdy wrócił do siebie odkrył, że zabawki nie są gotowe, bo Związek Zawodowy Elfów - Spolegliwość nie otrzymał podwyżki inflacyjnej, nie wspominając nawet i premii uznaniowej. Praca stanęła. Strajkujący grali w karty, popijali kakao i robili sobie selfie.  Cóż z próżnego i Salomon nie naleje. No bo niby skąd Mikołaj miał wziąć na podwyżki? Przecież jego działalność miała charakter wyłącznie charytatywny. Gar zupy by zorganizował gdzieś z Caritasu, ale kasę?
Chcąc nie chcąc usiadł w warsztacie i zaczął pracować sam, myśląc, że jak da dobry przykład, to strajk się skończy, Elfy zwiną styropian i całe zdarzenie po prostu przejdzie do historii w imię wyższego dobra, ale zamiast tego doczekał się histerii, krzyków i jęków. W efekcie tak sobie przywalił młotkiem w paluch, że zaczął kląć na czym świat stoi, budząc powszechne zgorszenie. Ten plan nie wypalił, trudno. 
Kolejny dzień nie przyniósł żadnych rozwiązań. Renifery nadal smrodziły powyżej norm, płozy byłe tępe jak politycy, a żaden uczciwy ani nieuczciwy diagnosta nie chciał postawić mu durnej pieczątki. Za to Elfy zamówiły sobie katering na koszt firmy, bo strajk owszem był, ale przecież nie głodowy. Kartony po pizzy walały się wszędzie, a faktura za posiłek była wystawiona z czternastodniowym terminem zapłaty a to on, niestety, był płatnikiem. Ze zmartwienia Mikołaj przespał cały dzień ssąc palec i głaskając się po głowie w momentach przebudzenia, mamrocząc przy tym do siebie, że dobry Mikuś był grzeczny, jak to robiła w dzieciństwie jego przygłucha niańka.
Środa miała być dniem przełomu. Pełen werwy odpalił tico i wyruszył do biura pracy w poszukiwaniu ludzi. Najpierw z zadowoleniem zauważył, że kolejka jest tak duża, że ze znalezieniem pracowników nie powinno być kłopotów. Dopiero potem ktoś go oświecił, że oni tu przyszli po zasiłek, a nie do roboty. To było dziwne. Ci ludzie byli dziwni.
Jako przyszły szef udał się do odpowiedniego biura, gdzie rozbawiony jego ofertą urzędnik aż rozpłakał się ze śmiechu. Popukał się w czoło znacząco i zapytał, z której choinki urwał się "pan biznesmen", że proponuje ludziom pracę, za którą wcale nie planuje im zapłacić? Co prawda mieli tu takich wielu, co posiadając po cztery fury pracownikom nie dawali zarobić, bo byli aż taaacy biedni, ale ci nigdy nie przyznawali się do tego wcale i ani jednym słowem.  Mydlili za to ludziom oczy, a to płacąc w fajkach z przemytu i winku z kartonu, a to wywalali ich po tygodniu, lub dwóch tak zwanego okresu próbnego na czarno, nie płacąc ani grosza. Jednak takiego tupetu jak Mikołaj nie miał żaden z nich. Po prostu zdaniem urzędnika nie dorastali mu do pięt, ale pomimo tego był nieugięty. Nie chciał zrozumieć, że to przecież dla ogólnie pojętego dobra ogółu, świąt, nastroju i tradycji. Miał to wszystko w nosie. Żadnego zrozumienia. No co za ludzie – dziwił się   brodacz. Pomysły mu się kończyły, a czasu było coraz mniej. Tak to jest, jak się bierze sobie za dużo na głowę. Taki Dziadek Mróz miał do pomocy managera. Wołali ją Śnieżynka, była słodka i miała cud kolanka. Co prawda po akcji „Me too” facet poszedł siedzieć, bo złożyła obszerne wyjaśnienia, ale nawet gdy go nie było, interes się kręcił. A u niego co? Smutek, i nieszczęścia. Tego wieczora Mikołaj upił się na smutno i zasnął w stajni. Rano cuchnął tak, że rozumiał doskonale decyzję diagnostów i fakt, że nawet dobra wóda nie była w stanie ich przekonać.
Czwartek zaczął od kąpieli. Po prostu musiał. Dopiero, gdy zlał swój skacowany łeb bardzo ciepłą wodą, dotarło do niego, że nie warto tracić nadziei. Ogarnął się i na głodniaka wybrał tam, gdzie z daleka wypatrzył tłum ludzi. Młodzi, zdrowi mężczyźni pewnym krokiem wyszli z kościoła. Pobożni. Ocenił ich na oko, i był niemal pewien, że ci powinni szybko zrozumieć ideę działania dla wspólnego dobra. Niestety, kompletnie nie potrafił ich przekonać do niczego. Najpierw spuścili mu łomot, bo jak brodaty, to albo Żyd, albo Arab – obaj wrogowie narodu.  Potem dostał poprawkę, bo jak  chce coś robić charytatywnie, to pewnie jest od Owsiaka - czyli wróg rządu na własne tegoż rządu życzenie, a na koniec jeszcze, jakby tego było mało wściekli się, gdy wspomniał o narodzeniu żydowskiego Mesjasza. Oni wierzyli w polskiego i żaden debil w czerwonym kubraczku nie będzie im wciskał zagranicznego kitu.
Mikołaj się załamał. Miał wrażenie, że jest jedyną osobą na świecie, której zależy na świętach. Bóg nie chciał mieć z nimi niczego wspólnego. Mówił, że urodziny zawsze obchodzili jedynie poganie. Jezus nabijał się, że go od dwóch tysięcy lat lulają, idioci, jak bobasa, gdy on jest potężnym królem w niebie. W sumie coraz bardziej go to wnerwiało, bo ileż można tolerować taką ignorancję. Nic dziwnego. Nawet ludzie nie chcieli pomóc Mikołajowi. Elfy strajkowały, renifery smrodziły… nic, tylko usiąść i płakać. Zrezygnowany odpalił  nową fajkę od tej, którą właśnie kończył. A potem rozejrzał się, i pomyślał, że być może ludzie poradzą sobie sami. Supermarkety zrobią im święta jak ta lala, prezenty kupią sobie sami, a duchowa otoczka… cóż, zawsze była mocno na wyrost i wydumana. Komu to wszystko potrzebne, jeśli nie handlowcom? A ci przecież świetnie sobie radzą.
Cóż było robić? Miki wstał, zgasił buciorem niedopałek i ruszył prosto do Tico rozmyślając o tym, że musi diametralnie zmienić swoje życie, babę jakąś znaleźć, dzieci narobić i z pięćset plus spłacić te cholerne Elfy, nim mu na głowę ściągną komornika.
Co go obchodzą jakieś święta? W końcu życie, które dalej się toczy to właśnie jemu zwaliło się na głowę.

sobota, 25 listopada 2017

fragment drugiego tomu powieści - jeden rozdział - tytułu, póki co, brak


2.
Zoriana siedziała po turecku na podłodze i nalewała do ogromnych lampek ciemne, czerwone wino. Cała butelka zmieściła się jej w dwóch sztukach. Obok niej leżały rozsypane podręczniki i zeszyty, zgarnęła je ręką i odepchnęła od siebie pod łóżko. Była zrezygnowana i groziło jej upicie się na smutno. Drzwi łazienki otworzyły się i wyszła z niej jej współlokatorka.
- Oszalałaś Zorka. Całą butelkę na pół? - śmiała się - Tak od razu? Poudawajmy chociaż, że nie mamy planu się skuć.
- Co mam ci powiedzieć, aniele? Dziś moja kolej. - Smętna mina Zoriany i lampka z winem podniesiona w solowym toaście miały na celu zmiękczyć dziewczynę, ale nie wyszło.
- A to co innego. Obiecałaś. Ty gadasz, ja słucham. Opowiedz mi o Kobie. - Angelika usiadła naprzeciw, ale nie sięgnęła jeszcze po monstrualną lampkę. Zoriana za to pociągnęła za swojej kilka solidnych łyków.
- Taaak. O pięknym Kobie, mówisz? No dobra. Jak ja go uwielbiałam. Nie uwierzyłabyś, jak bardzo może kochać nastolatka. - Angelika ze zrozumieniem pokiwała głową - Miałam kiedyś przyjaciela, dawno, jakby w innym życiu. I wcale nie chcę o tym mówić. - Ale przecież obiecała.

Sandro i Zoriana byli przyjaciółmi od dziecka. Mieszkali po dwóch stronach tej samej rozjeżdżonej drogi na której wybrzuszony bruk tworzył koleiny, a w nich stała woda po deszczu. To w tych kałużach bawili się razem jeszcze będąc małymi dziećmi. Całe dzieciństwo spędzili razem jak jeden organizm. Ganiali kury, łazili po płotach, strzelali z procy i wisieli na trzepaku nieopodal. Potem, gdy wyrośli już z błota, nadal spędzali wspólnie niemal cały wolny czas. W parze włóczyli się po lasach, razem chodzili do szkoły, nawet gdy matka jednego z nich wysyłała dzieciaka do sklepu, druga od razu korzystała z okazji bo wiadomo było, że i tak pójdą tam razem. Sandro i Zorka mówili tym samym językiem, do czasu, gdy oboje zaczęli dojrzewać. To wtedy kilka rzeczy się zmieniło. Jego oczy nadal i niezmiennie skupione były na dziewczynie, która została centrum jego kosmosu. Jej wzrok wypatrywał dyskretnie i w największej tajemnicy choćby cienia jego brata, pięknego i niezbyt grzecznego Koby.
Koba był trzy lata starszy od Sandro. Kochał swojego młodszego braciszka i razem z nim przeżywał wyprowadzkę w wioski. Niby nie przenosili się daleko, ale te dwadzieścia kilometrów, które nagle zaczęły dzielić Zorianę i Sandro było jak przepaść, bezdenna i ciemna. Rodzina chłopców przeniosła się za dolinę, a tam już nie było wolnej od Rosji Gruzji, była Czeczenia i spora część rodziny ich matki. Kraj był to inny, zdziwaczały, okutany Islamem jak wełnianym kującym szalem, obcym językiem i tradycjami, ale pełen dostatku dla ich rodziny Odległość sprawiła, że młodszy z braci uśmiechał się rzadziej, bo tęsknił do przyjaciółki. Było mu bez niej samotnie i choć jego ojciec twierdził, że chłopak musi okrzepnąć i przestać się bawić, Koba wydawał się rozumieć rozpacz brata. Dużo z nim rozmawiał i słuchał, jak ten snuł dalekosiężne plany.
Zoriana też tęskniła. Jej młode zakochane serduszko trzepotało w piersi wtedy, gdy słyszała od znajomych wieści o Kobie. Te o Sandro budziły jedynie ciepłe, siostrzane uczucia. Nie zdawała sobie nawet sprawy z tego, co czuje jej przyjaciel, przekonana, że chłopiec owszem, kocha ją, ale jedynie jak siostrę. Wolna od wiedzy o jego uczuciach i marzeniach snuła własne, kompletnie inne.
W dniu piętnastych urodzin Zoriany Sandro nazbierał pachnących kwiatów u podnóża zbocza i puścił się przez dolinę do Gruzji. Za nic miał konflikt zbrojny i wojsko, które stale patrolowało teren. Gnał przez polną drogę rowerem pożyczonym od brata. Tak dużo chciał powiedzieć swojej przyjaciółce, wszystko dokładnie przemyślał, przećwiczył, nawet omówił z bratem. Pędził jak wiatr, gnany tęsknotą do swojej nastoletniej miłości. Nie dojechał.
Gdyby miał wypadek, gdyby rower zsunął się ze zbocza, przewrócił, a nawet najechał na minę, nie byłoby aż takiej wielkiej rozpaczy, jak wtedy, gdy jego rodzina dowiedziała się, że Sandro nie wróci, bo został zastrzelony przez snajpera. W jego głowie była dziura, przez którą wyciekły wszystkie marzenia. Życie też uciekło w jednej chwili. Jego ojciec szalał w żałobie, głośno płakał i złorzeczył całemu światu. Matka przeklęła Zorianę, która nawet o tym nie wiedziała, a Koba… cóż, on miał własny plan. Po swojemu chciał spełnić marzenia swojego młodszego brata. Planował, jak zrobić to dla niego, by w jakiś pokręcony sposób uczcić jego pamięć. Tylko, że będąc jeszcze młodzieńcem nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo zły i krzywdzący jest jego plan, że złamie niewinne serce i mieni mu życie na zawsze.
Kiedy działania zbrojne ustały i sytuacja nieco okrzepła nadszedł czas szesnastych urodzin dziewczyny. We wsi nagle pojawił się Koba. Przyjechał tym samym rowerem, który przed rokiem pożyczył bratu. Dogadał się z pogranicznikami. Miał czas. Przyszedł odwiedzić stare kąty i dawnych znajomych. Spotkał Zorianę. Gdyby wiedziała, że przyjechał, sama wyszłaby mu naprzeciw, gdy tylko usłyszałaby, że się pojawił. Kiedy przyszedł wisiała na trzepaku głową na dół zaśmiewając się serdecznie. Jej małe siostry bawiły się obok w kałuży. Koba przywitał się z nią niedbale i stanął tak, by zasłonić sobą jej widok z podwórza. Małe dziewczynki rozbiegły się spłoszone gdy podniósł na nie głos kilka razy. Gdy zostali sami młodzieniec położył dłoń na każdym jej kolanie i wolno zsunął je, aż do jej pośladków. Nie odzywał się, głaskał je, a ona poczuła się ważna dla niego. Był aż nazbyt śmiały. Dorosły. Zoriana wstydziła się, że wisi na trzepaku jak dziecko, gdy dotyka jej wymarzony chłopiec, a on trzymając ją za pośladki spytał, czy pójdzie z nim na grób brata. Gdy zgodziła się, poprosił jej ojca, by pozwolił mu zabrać ją ze sobą tam, gdzie leżał Sandro. Pochowali chłopaka w dolinie, niedaleko miejsca w którym kula przeszyła mu skroń i zrzuciła z roweru. Szli w milczeniu. Dziewczyna zbierała wonne kwiaty nieświadoma, że Sandro dokładnie rok temu wiózł dla niej takie same. Nim dotarli, Koba chwycił ją za rękę, jakby się obawiał, że mu ucieknie. Zawstydziło ją to na chwilę, ale była też taka szczęśliwa. Poczuła że do niego należy. Złożyli kwiaty na grobie, każde pomodliło się w duchu i nim ruszyli w drogę powrotną, pocałował Zorkę raz, potem drugi, i po chwili pieścił ją zapamiętale leżącą tuż obok mogiły. Zoriana nawet nie próbowała opierać się młodemu mężczyźnie. Było jej dobrze, i była w nim zakochana. Pozwoliła mu dotykać się i chłonęła rozkosz. Była doskonale świadoma tego, co zaraz nastąpi, ale choć czekała, nie stało się. Koba podarował jej palcami orgazm, a potem tulił, aż oboje się otrząsnęli i bez słowa wyjaśnienia odprowadził ją do domu. Potem wsiadł na rower i odjechał. Dla nastolatki był to jednoznaczny dowód, że i jemu na niej zależy. Nie było dla niej ważne, że nie widziała go później przez cały rok. Żyła swym nastoletnim afektem, wspominając krew tętniącą w żyłach i jej szum mocno uderzającej do głowy.
Po roku Koba pojawił się znowu. Przyjechał motocyklem. Gruchot doskonale nadawał się do pokonywania granicznej doliny, a pogranicznicy nadal lubili bimber i przymykali oczy. Zoriana w dniu siedemnastych urodzin była jeszcze piękniejsza niż zwykle. Ojciec nie miał nic przeciw temu, by pojechała odwiedzić grób Sandro. Matka z troska pokręciła głową, nie podobało się jej to wcale.
Tym razem nim położył ją w bujnej trawie przy grobie brata, rozebrał ją powoli, a potem, choć wstydziła się tego bardzo, pieścił ją ustami tak dobrze, aż krzyknęła w ekstazie. Potem pomógł jej się ubrać i odwiózł do domu obiecując, że pojawi się za rok. Prosiła, by był szybciej, mówiła, że go kocha, zaklinała, ale pokręcił głową. Długo zastanawiała się, dlaczego robi jej takie właśnie prezenty w dniu urodzin. Wymyśliła, że pewnie czeka do jej pełnoletności, a wtedy oświadczy się i zawsze już będą razem. Kolejny rok upłynął jej na oczekiwaniu. Rodzice byli o nią nadzwyczaj spokojni. Nie interesowali jej chłopcy, nie latała wieczorami po chałupach, nie plotkowała z dziewczętami. Rychły ślub z ciężarną panną młodą nie groził tej rodzinie. Ktokolwiek próbował się do niej zbliżyć, odprawiała go z serdecznym uśmiechem. Nie okazywała nikomu nawet krzty zainteresowania.
W dniu osiemnastych urodzin od rana wypatrywał Koby przez okno. Gdy nie było go do południa postanowiła sama pójść zanieść kwiaty na grób Sandro. Miała nadzieję, że go tam spotka. Uplotła nieduży wieniec, by powiesić go na krzyżu. Niosła go na ramieniu całą drogę. Chciała tam, na miejscu poczekać na swojego ukochanego. Martwiła się, że może nie przekroczył granicy. Szła dobrą godzinę. Nie bała się, znała drogę. Nawet jej matka nie okazała w tym dniu niepokoju ani niezadowolenia, w końcu tym razem szła sama, nie z młodym mężczyzną.
Dostrzegła Kobę z daleka. Jego motocykl stał na skraju drogi, a on sam siedział tyłem do niej. Podbiegła, taka radosna, szczęśliwa z powodu spotkania, jakby jego przyczyna, magiczna lecz zła rocznica zupełnie dla niej nie istniała, lub była zgoła inna. Koba opierał się plecami o przytoczony na grób sporej wielkości kamień i pił bimber prosto z butelki. Niemal ją już opróżnił. Jego oczy były czerwone i przekrwione od gniewu, łez i alkoholu. Popatrzał na nią zdumiony.
- Po co przyszłaś? - zapytał, jakby nie rozumiał kompletnie jej obecności. - Zostaw mnie. Uciekaj, Zorka, wracaj do domu.
- Ale Koba, czekałam na ten dzień cały rok! - zaprotestowała śmiało.
- Na co czekałaś? Na swoje urodziny, czy na rocznicę śmierci Sandro?
- Na spotkanie z tobą, kochany.
- Spotkanie - żachnął się. - No tak. Marzenie, które uśmierciło małego Sandro.
Pozwolił jej usiąść obok siebie i nawet poczęstował ją letnim bimbrem prosto z butelki. Spróbowała i zaczęła kaszleć, łzy nadbiegły jej do oczu i potoczyły się po twarzy.
- Mój brat tak bardzo cię kochał, a nigdy nie widziałem, żebyś po nim płakała. - wytarł palcami jej buzię patrząc na nią zamglonym wzrokiem, pomyślała, że w jego głosie słychać pretensję.
- Nie wiedziałam co czuł. Był przyjacielem, bratem. Ja zawsze kochałam ciebie. - Chwyciła się jego reki i przytuliła do niej.
- Biedactwo. Chcesz się kochać, prawda? Myślałaś o tym cały rok. - podniosła na niego oczy. Nie było w nich wahania, czy wstydu.
- Tak. - zdjęła przez głowę białą, haftowaną bluzkę, sądząc, że tego od niej oczekuje i sięgnęła za plecy, by rozpiąć stanik.
- Zostaw, ja sam. - powstrzymał ją. Nie wiedząc, co zrobić z dłońmi zarzuciła mu je na kark, a potem stopniowo zapominała o wszystkim. O tym kim jest, gdzie jest i dlaczego. Była zdolną do eksplozji supernową, która, gdy rozbłysła na firmamencie niebios, obwieściła całemu światu swoje wejście w dorosłość ekstatycznym jękiem.
A potem przyszła rzeczywistość jak zimna jesienna ulewa. Koba wstał, wsiadł na motocykl i miał już odjechać, gdy spytała, czy zawiezie ją do domu. Nie miał takiego zamiaru. Sama przyszła to i sama wróci. Nie rozumiała niczego. Kochała go, a on był taki zły. Mówił, że zrobił to dla brata, że to Sandro pytał go o to, jak stopniowo wprowadzać ją w świat seksu, jak uwodzić skutecznie i sprawić jej rozkosz. Po to właśnie jechał wtedy do niej, by powiedzieć, że ją kocha, że będzie na nią czekał, do czasu, gdy osiągnie pełnoletniość, by za niego wyjść. To jego młodszy brat wszystko zaplanował, a Koba tylko wykonał, jak w hołdzie dla niego. Co urodziny o jeden krok dalej. Chciał, żeby była zadowolona, by było jej dobrze i przecież było, Koba zadbał o to dla niego. A na koniec miały być dziś oświadczyny i ślub. Tylko, że tego akurat Koba nie miał w planie. To nie była jego miłość, nie jego bajka. On ma swoją narzeczoną, taką, co nie bzykałaby się przy grobie martwego chłopaka. Potem kazał jej wracać do domu i odjechał.
Zoriana płakała. Siedziała oparta o kamień przy grobie Sandro i łzy ciekły ciurkiem z jej oczu. Nie miała siły wstać i pójść do domu. Czuła się taka pusta i oszukana. Rozpacz dławiła jej oddech. Przeżywała swoje pierwsze rozczarowanie w tak ogromnym żalem i smutkiem, że nie potrafiła pozbierać myśli. Nie czuła głodu, pragnienia, zimna ani upływu czasu. Wieczorem zaniepokojona matka znalazła ją nadal płacząca przy mogile chłopaka. Nie chciała z nią rozmawiać, ale nie udało się jej ukryć tej odrobiny krwi, która poplamiła jej ubranie. Matka spytała tylko, czy to był gwałt. Zaprzeczyła. Potem zapytała, czy to Koba. Zoriana rozpłakała się jeszcze bardziej. Mama usiadła obok, położyła głowę córki na swoich kolanach, otuliła dziecko ciepłą wełnianą chustą i gładziła ją po włosach szepcząc uspokajające słowa tak długo, aż dziewczyna otrząsnęła się na tyle, by wszystko jej opowiedzieć. A potem razem wróciły do domu. Było już bardzo ciemno. Gwiazdy lśniły jak oczy mokre od łez, a nad rozpaczą zranionej dziewczyny rozpostarł swój ciemny płaszcz znękany jej bólem kosmos. Nazajutrz, tuż po świcie jej ojciec wziął zapas bimbru dla pograniczników i przez granicę wyruszył do ojca chłopaka. Znali się tyle lat. Mieli do siebie szacunek. Stała się krzywda. To musiało zakończyć się ślubem i tak się zakończyło.

Angelika sączyła wolno zawartość swojej ogromnej lampki. Zoriana skończyła opowieść w momencie w którym ona nie zrobiłaby tego na pewno.
- I co dalej?
- Był ślub. On cały czas wściekły i zły, wiadomo, miał inną narzeczoną, a tu taki obrót sprawy. Tylko, że mi niewiele wtedy mówiono i jego też nie widziałam prawie wcale. Nawet się cieszyłam, miałam nadzieję, że wszystko się samo jakoś ułoży, ale wierz mi, aniele, nic nigdy nie dzieje się samo. To tylko dziecięce marzenia. Już w dniu ślubu zostałam kolosalnie upokorzona, jego matka nie chciała wziąć udziału w uroczystości, bo jednego chłopca jej powiodłam na zatracenie, a teraz i drugiego zabieram. Teść na nią nakrzyczał, na chwilę pomogło. Mimo wszystkiego nadal byłam jeszcze zakochana i pełna marzeń. Nie dziwiło mnie, że decyzję o ślubie podjęli ojcowie, ani to, że Koba nie pojawił się ani razu przed uroczystością. Na ślubie wyglądał źle. Pewnie miał kaca. A po wszystkim, gdy przyszła pora na bara- bara mój piękny mąż, Koba, powiedział, że nie może już na mnie patrzyć i wyszedł. Potem upokorzył mnie jeszcze kilka razy. W końcu mój ojciec widząc, że nic z tego nie będzie zaproponował, żebyśmy wyjechali za granice i tam się rozeszli, każde w swoją stronę, by nie robić we wsi zgorszenia i plotek. No i tak zrobiliśmy. Polecieliśmy do rodziny, do Kanady. To był straszny czas. Mój mąż wychodząc wieczorem z domu oświadczał, że idzie na dziwki. Ciągle pił. Tak bardzo się tego wstydziłam, jakbym to ja wykorzystała jego, a nie on mnie. A przecież ja go nie uwiodłam. Potem wyjechałam. On tam został, ja wróciłam do Europy. Chciałam się uczyć i dostałam się na uczelnię tutaj. Ojciec za nią płaci. Mój mąż do tej pory miał mnie w nosie, nie wiedział nawet, gdzie mnie szukać i tak było dobrze. Ale się popieprzyło.
- Co takiego się popieprzyło?
- Dziadek Koby umarł i zostawił mu majątek, bo jako jedyny ze swojego pokolenia w rodzinie żyje i się ustatkował. To znaczy ma żonę, czyli mnie. Tylko, że dopóki nie będziemy mieli dzieci, on dostanie tylko dziesiątą część majątku. Nie mamy ani rozwodu, ani dzieci więc testament nie jest ani wypełniony do końca, ani nieważny. Koba chce dostać całą kasę swojego dziadka i wrócić do Czeczenii. A ja tam za nic w świecie nie pojadę. Jeszcze myślę. Jeszcze oddycham wolnością. Tam teraz jest szariat. Islam. Wariat u władzy. A ja nie będę niczego udawać między fanatykami.
- Więc dlaczego tak się zdenerwowałaś, gdy zadzwoniła twoja siostra?
- Bo powiedziała, że jeszcze ze dwa razy Koba postawi ojcu bimber i będzie wiedział, gdzie mnie szukać, a gdy mnie znajdzie, będzie próbował mnie zmusić do powrotu nawet, gdyby miał mnie do niego, powiedzmy, przekonywać przemocą lub szantażem. Wiesz jak to mówią na Gruzińskiej wsi, nieposłuszną żonę a włosy i do roboty.
- No, to nie dobrze. Co planujesz?
- Muszę się ukryć. Dobrze, że nie zostało mi już żadne zaliczenie przez wakacjami. Wszystko mam odfajkowane.
- Mi właściwie pozostało tylko jedno. Kiedy tak o tym pomyślę, zaczynam mieć plan. W sumie zarys planu, albo nawet jego cień. Mówiłam ci, że dostałam maila od kumpeli z dawnej klasy w liceum?
- Nie. Coś ważnego?
- Właśnie nie wiem. Moje piętnastoletnia siostra próbuje wejść do łóżka mojemu mężowi. To niedobrze. Nie wiem co o tym myśleć. Martwię się o młodą. Jemu, jak wiesz, nie ufam. Musiałabym pojawić się na trochę w domu. Może właśnie trzeba wybrać się do domu na wakacje… Chcesz pojechać ze mną? Ty się ukryjesz, ja będę miała przyzwoitkę, może mu nawet powiem, że jesteś moim ochroniarzem albo, że jesteśmy kochankami.
- Oj przestań. To było tylko raz i tylko trochę. Parę niewinnych pocałunków. Już tyle nie pijemy. - Zoriana była zawstydzona – Miałyśmy do tego nie wracać.
- Wiem, ale to może mi się przydać. Nie chcę trafić do jego łóżka tylko dlatego, że on nie ma teraz kochanki.
- A nie ma?
- No właśnie nie wiem. Podobno już długo nie. A ja mam zobowiązania. Oficjalne otwarcie jego kompleksu sportowego ma się odbyć wkrótce, do tego moja fundacja potrzebuje większego budynku. Zorka, a ja tak bardzo boję się wracać. - westchnęła - Znowu się w nim zakocham jak idiotka i potem będę cierpieć.
- Bo mu głupie jesteśmy. Trzeba się czasem bzyknąć z byle kim i jak faceci mieć to z głowy. Ale nie, nam się wielkie miłości marzą. Świat się nad nami nie ulituje. Nie da nam dobrych chłopców w prezencie.
- To może chociaż mądrzy nam się trafią. - rozmarzyła się Lika
- A co, ten twój mąż głupi?
- No właśnie sama nie wiem. Pewnie lekkomyślny i impulsywny. Muszę z Topolowem pogadać. Teść mi doradzi jak to rozegrać, żeby Aloszy woda sodowa do głowy nie odbiła, kiedy przyjadę do domu.
Dokończyła wino i zamyśliła się. Nie umiała sobie wyobrazić, jak to będzie. Zebrała z podłogi zeszyty i książki i położyła się na łóżku. Zoriana wstała i wychodząc do kuchni zabrała ze sobą lampki i pustą butelkę. Tylko przed weekendem pozwalały sobie na takie szaleństwo. Jutro i tak miały pracować jako wolontariuszki w jadłodajni. Na szczęście dopiero od południa.
- Idę spać. Już dawno nie wygłosiłam takiego jak dziś monologu.
- Był interesujący. Zorka, Koba jest fajny, prawda?
- Koba zniszczy cię, zanim się obejrzysz. To nie jest dobry chłopak. Wie jak precyzyjnie przepołowić ludzkie serce jednym zdaniem. A czy jest fajny? Pytasz o seks?
- No.
- Nie wiem. Było mi cudowniej niż dziecku w wesołym miasteczku, ale musiałabym mieć jakąś skalę porównawczą. A Alosza?
- Cóż, jak nie sprawdzisz, nie będziesz wiedziała, bo ja nie zamierzam.
- Kłamiesz jak miraż, maleńka. Jak dla mnie dorosłaś do tego, by to sprawdzić i właśnie masz na to ochotę.
- Zamknij się, co? Pozwól mi hodować własne iluzje. Jestem w nich taka pewna siebie i nieugięta.
- I nigdy, absolutnie przenigdy się nie zakochujesz w łobuzach, którzy nieroztropnie pukają na twoich oczach ochroniarkę własnej siostry i to dosłownie chwilę po tym, gdy próbowali cię uwieść.
- Jak ty mnie dobrze znasz, Zoriana. Czasem myślę, że obie gadamy za dużo, ale możemy sobie ufać chyba właśnie dzięki temu, co?
- Tak działa szczerość, aniołku. Idź spać.
- Właśnie, a rano zadzwonię do teścia. To bardzo mądry facet.

wtorek, 24 października 2017

Od Papa Dance do "Ósmego cudu świata"



Kiedy Zosia wpadła na genialny pomysł, by w konkursie na stronie autorki Magdy Witkiewicz zaproponować, żebym to ja dostała trzymiesięczny dostęp do Storytela, nawet o tym nie wiedziałam. Ona chciała mnie oczywiście ratować, napisała więc, że w drodze do Berlina grozi mi słuchanie Papa Dance. Groziło. 'Książę miał piękną żonę' od tygodnia i w głowy nie mogłam wyrzucić tej okropnej piosenki od tego czasu, a jak mówią specjaliści - chcesz się pozbyć z głowy piosenki? Przesłuchaj ją od początku do końca, (szczegół, że mąż zabiłby mnie śmiechem, a dzieci patrzyłyby na mnie jak na UFOka z księżyca - mamo, to dicko polo? słuchasz popu? coś ci jest?).
Papa Dance to jakiś mało istotny fragment dzieciństwa i niezwykle interesujące jest to, że właśnie kiczu najtrudniej pozbyć się w pamięci. Nie wierzycie? Na pewno pamiętacie reklamy, zbliżone do was wiekiem :) tego się po prostu nie da uniknąć. (Przykłady? Pulokolor 89, szampon Kundelek, pij mleko, czy prusakolep)
Ale o czym to ja chciałam... A ! Już wracam do sedna. Storytel.
Moją pierwszą odsłuchaną lekturą było rozkładające mnie jak kanapę ze śmiechu "Lustereczko..." Alka Rogozińskiego, ale o tym już pisałam. Potem zabrałam się za "Ósmy cud świata" Magdy Witkiewicz. Zaczęło się tak spokojnie i cudownie, że dwa dni z rzędu zasypiałam podczas słuchania. Było mi dobrze i błogo. Doskonała lektorka o głosie odrobinę zbliżonym do samej autorki i doskonałej dykcji snuła ciepłą opowieść, a główna bohaterka co chwilę to zyskiwała i traciła w moich oczach. Była taka prawdziwa, że chciałam ją udusić i przytulić. Wnerwiała mnie brakiem zdecydowania, zaciekawiała odrobinę pokręconą moralnością, bo z jednej strony żyła z Jackiem bez zobowiązań a z drugiej nie wiedziała, czy powinna postąpić z Tomaszem, jak wietnamskie kobiety po wojnie. Miała skrupuły tam, gdzie milion innych dziewczyn machnęłoby ręką i nie miała ich w miejscach, gdzie zaczyna się społeczny ostracyzm w małych miejscowościach - cóż ona na szczęście była z Gdańska. :)
 Anka jest rzeczywista, podobna po trosze do każdej z nas. I ma takie zwykłe marzenia. Najzwyklejsze. Są jeszcze w jej życiu: Jacek którego nie potrafi pokochać oraz Tomasz z którym ma trzy światy i pół Ameryki, a do tego zwiedza z nim najpiękniejszą z zatok na ziemi. Część powieści opowiedzianą z punktu widzenia Tomasza czyta doskonały lektor. Ma taki głos, że uh!  (Same wiecie.)  Początkowo miałam wrażenie, że facet czyta przez mocno zaciśnięte zęby, ale po kilku minutach to uczucie zniknęło, a powieść nabrała niezwykle męskiego charakteru. To doskonały zabieg, który jest wyjątkowo przyjemny w odbiorze.
Co jeszcze mogę Wam powiedzieć o "Ósmym cudzie świata"? Pokochacie Wietnam. Zachwycicie się jego przysłowiami, od których rozpoczynają się kolejne rozdziały i legendami, tak innymi od naszych, a jednak cudownym. Magdalena oczaruje was opisami wycieczki, rejsu statkiem, a nawet wietnamskich ulic. Gdybym miała teraz, w tej chwili wybrać się na wycieczkę, bez wątpienia celem podróży byłby właśnie ten mało u nas znany kraj. Królowa happy endów, mistrzyni dobrych i doskonałych zakończeń i snucia ciepłych, emocjonujących opowieści nie zapomniała też o zabawnych fragmentach, ale żeby nie psuć Wam niespodzianki, nie powiem, co takiego można robić na ginekologicznym samolocie. :)
Nowa powieść Magdaleny Witkiewicz to klimatyczna podróż nie tylko po świecie, ale i naszej psychice. Odnajdziecie tam fragmenty siebie, może nawat własne obawy i wątpliwości. Daję słowo, to będzie dla Was przyjemna wyprawa.  
I wiecie co, gdybym wiedziała, że słuchając w aucie "Ósmego cudu świata" będę jechała tak spokojnie i płynnie, że mi dziesięciolatka uśnie po drodze, gdybym wcześniej odkryła, że słuchając człowiek przestaje gnać, nie łamie przepisów i jeździ trochę jak na emeryturze nie spiesząc się nigdzie, już dawno wzięłabym przykład z tych wszystkich, którzy słuchają za kierownicą.
To naprawdę taki mały cud, może nie ósmy, ale maleńki, nie czuć presji na drodze i wypoczywać, prowadząc.

środa, 18 października 2017

Nocka - opowiadanie.




Właśnie miał się walnąć, by odespać i nockę w robocie i bibkę przed nią, ale telefon rozdzwonił się dźwiękiem tłuczonego szkła. W życiu by nie odebrał, gdyby nie to, że dzwonił jego wuj i szef w jednej osobie. Dobrał mu ten dzwonek idealnie.

Ostatnio dość często i regularnie wuj zatruwał mu życie. Tym razem gniewnym głosem warknął, że chce go widzieć za dziesięć minut w biurze, i nie było wyjścia. Jeszcze lekko wstawiony Robert przeczesał włosy rękami i wsiadł do własnego auta jakby zapominając, że dopiero przed kwadransem wrócił do domu taryfą, bo uznał, że nie powinien prowadzić. Dopiero na miejscu, w firmie zorientował się, że przyjechał w laczkach. Pełen obciach z tego pośpiechu.


Wuj wskazał mu dłonią fotel naprzeciwko, ten mniej wygodny, ustawiony specjalnie dla petentów, który sprawiał, że przychodzący pracownicy nie czuli się dobrze, ani komfortowo rozmawiając z górującym nad nimi szefem, rozpartym jak wypchany jastrząb lecz zamiast na ścianie, w wygodnym skórzanym siedzisku pachnącym migdałowym olejkiem do pielęgnacji skóry. Chłopak chętniej zająłby miejsce na kanapie, ale szef, to szef, nawet, gdy wuj. Usiadł i od razu się poprawił. Plastikowa podróbka rattanu była koszmarnie niewygodna.


Robert trochę się denerwował. Często miał coś na sumieniu, ale wiedział, jak ma się bronić i za co dostanie reprymendę, tym razem niestety, nawet się nie domyślał.

Bogusław wyjął z szuflady dwie szklanki, nalał na dwa palce złocistego Napoleona i pchnął jedną w kierunku młodego.

- Powiedz mi, Robuś, ile razy rozmawialiśmy o tym, że nie wolno pukać pracownic? Sto razy? Tysiąc razy? Powiedz mi chłopcze, dlaczego jesteś taki oporny na przyswajanie zasad? Masz prawie trzydzieści lat, a jesteś głupszy, niż jamnik twojej babki.

Młody mężczyzna miał bardzo zdziwioną minę, ale wiedział, że póki co wszystkie kierowane do niego pytania są retoryczne i próba odpowiedzi na którekolwiek z nich właśnie teraz byłaby wielkim błędem. Najpierw należało wysłuchać mowy oskarżyciela, dopiero potem można było zabierać głos. Wuj zachowywał się zupełnie tak samo, jak jego matka. Nic dziwnego, przecież byli rodzeństwem.

- Co takiego się stało, że żelazna zasada, która mamy w tej firmie od lat i którą wprowadziłem po to, by twój durny ojciec nie zdradzał mojej siostry przynajmniej w zakładzie pracy, zasada, którą znasz jak język ojczysty, którą z całą mocą zawsze popierałeś, nagle ci zbrzydła? A skoro już się stało, dlaczego ja muszę zawsze dowiadywać się wszystkiego w sposób tak żenujący, że aż brak mi kłamstw na twoją obronę? Czy ci matka, durniu, przy porodzie na głowę usiadła? Wiesz jakie mogą być tego konsekwencje? Nie stać cię na nie! Mnie nie stać! Firmy nie stać pacanie! Robert, ty skończony idioto! Jesteśmy na samym dnie leja po bombie! Po cholernej koreańskiej atomówce! Oczywiście już wiem jak nas z tego wyciągnąć, ale najpierw chcę wiedzieć, jak w to gówno wlazłeś.

- Nalej mi jeszcze, wujku. W gardle mi zaschło.

- Wody se nalej, gówniarzu! - komentował Stefan dolewając młodemu Napoleona. - Kto nie umie, nie powinien pić.

- Nigdy nie mówiłem że umiem pić, toteż nigdy nie piję w pracy.

- Jeszcze tego brakowało! - Pieklił się nadal wuj.

- Przerywasz mi, a podobno chcesz mnie wysłuchać - rzucił sarkastycznie i dał rozmówcy czas na przełknięcie palącego w gardło trunku. - Wszystko to – zaczął wolno bawiąc się szklanką - cała ta rozdmuchana historia, to tylko drobny incydent, którego to ty jesteś głównym sprawcą. To po prostu niemal w całości twoja wina i pora, byś w końcu sam przyjął to do wiadomości.

- Bezczelny gówniarz! - mężczyzna był wściekły, ale młody jak zwykle go zaintrygował. Ta jego cholerna błyskotliwość mogłaby zaprowadzić go bardzo wysoko, gdyby nie to, że wciąż zdarzały mu się głupie wpadki.

- Pomyśl sam. Dałeś mi wolne. Nawaliłeś i zmusiłeś mnie, żebym przyjechał do roboty prosto z baru, w dodatku na nockę. Od dziewiątej do dziesiątej czterdzieści można w doborowym towarzystwie wychylić więcej niż kilka głębszych, ale to pewnie sam wiesz. Przyjechałem taryfą, grzecznie i bez sprzeciwu, jak kazałeś. Praca od razu nabrała rumieńców jak cnotka w konfesjonale na myśl o grzechach własnych, bezpruderyjnych dłoni. W hali zawrzało na chwilę i zaraz równowaga wróciła. Wszystko było jak zawsze. Nudy. Siedziałem w biurze zniechęcony, znudzony i coraz bardziej wściekły na ciebie, że mi popsułeś tak dobrze zapowiadający się wieczór. Przez szybę gapiłem się na to stado starych wron myśląc, do czego by się tu przyczepić. Wiesz dlaczego zasada, by nie pukać się w pracy do tej pory zawsze działała? Bo wszystkie pracownice były ode mnie starsze. Albo brzydkie. Albo w ciąży. - wymieniał pokazując to na palcach, jakby wyliczał powody - Ale teraz nie są. Przyśniło ci się, że podratujesz produkcję w sezonie urlopowym, jak przyjmiesz na wakacje panienki od razu po liceum. I to był twój kolejny błąd. Już drugi wujaszku. A potem wśród starych wron zobaczyłem taką słodką wypiętą dupkę i zacząłem myśleć, że może ten wieczór nie skończy się tak najgorzej i postanowiłem… powiedzmy... zrekompensować sobie straty. Ani ona ładna, ani brzydka. Prawie bez cycków. Wyglądała jak dziecko, ale ta wypięta dupka, no cóż. Doskonale wiesz o czym mówię. Wyobraźnia sama pracuje trybik za trybikiem, aż wszystkie elementy układanki złożą się w wykonalny plan. A ten był bardzo wykonalny. Właściwie, wuju, nie masz się o co czepiać - sam bezczelnie dolał sobie Napoleona. - Byłem dyskretny. Nawet bardzo. Powiedziałem na hali głośno i wyraźnie, że nienawidzę nocek i kto skończy swoją robotę może iść do domu. To było cudowne posunięcie. Nawet nie wiesz, jak te wrony potrafią się sprężyć. Produkcja im fruwa. Wyobraź sobie, że niektóre zaczęły wychodzić już po piątej. No ale zwierzyna nie mogła mi uciec przecież, więc około szóstej wyłączyłem bezpiecznik w jej maszynie i cóż… musieliśmy to naprawić. I naprawiliśmy tuż przed tym, nim przedostatnia z wron posprzątała maszynę i prysnęła do domu. A gdy zostaliśmy sami musiałem już tylko być przekonujący. To nie takie łatwe, gdy błądzisz po omacku i nie wiesz, co to za jedna, ta sztuka. Z tą było o wieeelkieeej miłości. Była taka zawstydzona. Nie uwierzył byś. Tak, strasznie ją kocham podobno i aż do pierwszego włożenia, no i nawet odwiozłem ją taksówką na osiedle. Czułem się jak dżentelmen przez całe pięć minut a potem zadzwoniłeś ty.  - prychnął sarkastycznie – Nadal nie wiem jednak, skąd o tym wiesz. Przecież sam powiedziałeś, że w biurze nie ma monitoringu, a do tego wyłączyłem niemal całe światło. Prawie całe, bo sobie chciałem na tę dupcię popatrzyć, no to opowiadaj. Skąd wiesz?

- Za dziesięć siódma pojawiła się u mnie w biurze jej siostra. Była wściekła jak doberman na łańcuchu. Tak się składa, że ona jest szefową związków zawodowych i do niedawna była też prawną opiekunką tej młodej. Powiedziała, że po dzisiejszej nocce dziewczyna stwierdziła kategorycznie, że nie idzie na wymarzone studia, tylko zostaje w firmie, bo się jej przydarzyła wielka miłość i niespodziewana, szalona namiętność. Nawet nie spytam co ty jej zrobiłeś. Podobno jest twoją dziewczyną i nie chcecie się rozstać, więc studia jej już nie interesują.

- Fiu fiu, ale jej nałgałem. No i jakaś mało rozgarnięta ta laska, ale z braku laku, sam wiesz...

- Sroczyńska powiedziała wyraźnie, że nie wie, jak to zrobisz, ale młoda ma chcieć iść na studia i masz jej nie złamać serca. Brzmi tak bardzo po babsku, że ledwie mi to przez gardło przechodzi. Zarzuciła ci uwiedzenie. Jeśli skrewisz, nie tylko będziemy mieć sprawę o molestowanie w miejscu pracy, ale też o to, że wykorzystałeś jej zależność jako szef. Do tego związki zrobią mi w firmie taki burdel, że nie będę wiedział jak się nazywam. Kontrole zjawią się wszelkie naraz począwszy od sanepidu, a skończywszy na skarbówce. A nas na to nie stać.

- Zapłaciłeś jej?

- Ani grosza.

- Przecież powiedziałeś, że znalazłeś wyjście z sytuacji.

- Jasne. Wcisnąłem flądrze kit o tym, jak strasznie jesteś zakochany w tej młodej, jak jej tam… no jak ten dzieciak ma na imię?

- Skąd mam wiedzieć? Mówiłem do niej jakoś tak zwyczajnie, chyba kochanie.

- Jesteś beznadziejnym przypadkiem, zupełnie jak twój ojciec. W każdym razie plan wygląda tak, że jesteś zakochany w tej małej, czy tego chcesz, czy nie. Ona ma iść na studia i to ty masz ją do tego nakłonić. Nie obchodzi mnie jak to zrobisz, niech się sama odkocha za miesiąc, może dwa. W dupie mam jak. Masz kłamać jak dotychczas. Jesteś w związku z małolatą, bo nie mamy kasy na łapówki dla tych wszystkich kontroli, ani podwyżki, bo związki tak chcą. Idziesz zaraz do kadr. Wyciągasz CV młodej Sroczyńskiej, adres, telefon i imię i starasz się ją oczarować. Aha, kwiaty jej jakieś wyślij. Jasne? A teraz precz! Wynoś się. Wciąż mam przez ciebie kłopoty. Kiedy twój ojciec prosił, bym się tobą zajął, nie sądziłem, że będę cię niańczył do trzydziestki.

Robert wstał i z wolna wychodził z biura wuja.

- To jest bardzo zły pomysł. Będziesz tego żałował i ja też.

- Nie pytam cię o opinię. Zjeżdżaj stąd. I taksówkę weź!

Robert wyszedł przed budynek. Wyjął z kieszeni ciemne okulary bo oślepiło go poranne słońce. Na postój taksówek miał jakieś pięć minut marszu, a z kieszeni wystawało mu ksero CV jednorazówki, którą to on miał teraz niańczyć przez własna głupotę. Wkurzony, maszerowałby energicznie, gdyby nie to, że raczej szumiało mu w głowie.

Nie chciał tego. Nie chciał kłamać i kręcić. Już dość nałgał. Nie podobało mu się, że miałby zwodzić tę małą, jak jej tam… rozłożył kartkę... Gracja – przeczytał. Kto daje dziecku na imię Gracja? Myślał o tym, że pewnie panna jest po prostu naiwniejsza od rówieśniczek i uwierzyła w taki absolutnie podstawowy makaron nawijany na uszy, że teraz musi jej powiedzieć jej prawdę, wytłumaczyć, może nawet przeprosić. Zwalić wszystko na alkohol. Tak to sobie szybko zaplanował, że nawet nie wiedział kiedy wsiadł do taksówki i podał adres do domu. Już wybierał jej numer, by zadzwonić i spróbować wszystko odkręcić, gdy ponownie zadzwonił wuj.

- Halo? Robert, wiem, że chodzi ci teraz po tej pustej głowie, by prawdę powiedzieć tej małej. Zanim to zrobisz, zastanów się, kto spłaci twój kredyt na mieszkanie i samochód, gdy wyrzucę cię z firmy na zbity pysk? Nie żartuję. Dostaniesz, gdzieś bez koneksji, kierownicze stanowisko po dyscyplinarnym zwolnieniu? - odpowiedź nie padła - Konsekwencje, chłopcze! Co się raz puknęło, tego się nie odpuka.



(Tymczasem obie Sroczyńskie cieszyły się, że ich plan działa i wkrótce za kasę sponsora wyremontują sobie mieszkanie)


niedziela, 8 października 2017

Naszeptała mi do ucha: "Lustereczko, powiedz przecie"






Jak często zdarza się Wam, że gdy tylko zaczniecie przygodę z nową książką od razu, od pierwszych słów robi się Wam dobrze, zabawnie i serdecznie a do tego ironicznie i mądrze?
Tym razem nie przeczytałam ani słowa, przyznaję się. Całą książkę przesłuchałam, choć trwała dobrze ponad siedem godzin. I co? Wiem na pewno, że chociaż uwielbiam czytać, słuchanie też jest spoko.
Moja lektura do wysłuchania rozpoczęła się od oświadczenia autora, które wprawiło mnie w szampański nastrój i nie uwierzyłam ani słowu, mówię Wam, nie wierzcie ani jednemu. Założę się o dobry browar, że Alek Rogoziński wcale nie wymyślił tych wszystkich postaci, choć uparcie tak twierdzi. On je po prostu zna! Pewnie mieszkają gdzieś blisko. (Alek pozdrów Mario – jest boski). Potem jak to u Rogozińskiego do łez ze śmiechu doprowadził mnie krótki i miejscami dosadny opis postaci – od początku orientujesz się, kogo polubisz, a kogo nie i  dopiero, gdy wiesz, już z kim masz do czynienia, zaczyna się intryga.
W intrygach jestem boska. Zawsze przed końcem historii wiem kto co z kim i dlaczego. No tak mam i już, film „Kanion” jest w tej dziedzinie wyjątkiem potwierdzającym regułę. Czy szybko domyśliłam się co i dlaczego się wydarzy? No, niestety, tym razem nie bardzo. Może byłam pół kroku przed Darskim, którego uwodzi własna narzeczona, może pół kroku przed Pepe, który trafił do terapeuty, by uzmysłowić sobie, że jest zły na swoją mamę, że nie kupiła mu w dzieciństwie waty na patyku, ale nie przed Różą, co to, to nie! Róża co prawda znów ma niemoc twórczą i nie pisze, ale za to zagadki rozwiązuje jak Cojak i to w jakim pięknym towarzystwie!
Spotkanie ze znanymi już z doskonałego poczucia humoru postaciami ubarwiła tym razem moherowa gosposia, która świętych zna na pamięć wszystkich, a w butelce po Pani Walewskiej nosi wodę święconą, by pokropić nią fotel na którym siedział Darski, który jest tak piękny, że musi być diabłem. Do tego pani starsza na oczach Pepe niszczy z zapamiętaniem sprzęt kuchenny, doprowadzając go do tak zwanego porządku (sprzęt, Pepe raczej tylko do zgrzytania zębami na sam widok)
Co was zaskoczy? No proszę! Gdybym powiedziała nie byłoby niespodzianki, ale mogę was uprzedzić, że Pepe bywa dzwoneczkiem, Róża ląduje w historycznym wychodku i że gdy już traficie na jedenastominutową wersję „Chwalcie łąki umajone” w aranżacji Klaudii Hutniak, to koniec książki będzie Wam dyszał za plecami.
Język jakim posługuje się Alek Rogoziński, jego poczucie humoru i barwne postacie, które stworzył sprawią, że nie wiedzieć czemu książka skończy się wam tuż po tym, jak się zacznie. Jeśli jednak jak ja zdecydujecie się na audiobooka, czytać Wam go będzie Paulina Holtz, i zrobi to po mistrzowsku. To rozrywka idealna w każdej formie, więc nie przestanę polecać.
Bawcie się dobrze i pamiętajcie, że wybuchanie śmiechem w środku nocy, gdy w domu jest absolutna cisza, grozi tym, że domownicy zaczną się zastanawiać, nad Waszą kondycją psychiczną.

niedziela, 10 września 2017

"Przypadkowy detektyw" - Po raz pierwszy przedpremierowo


No i lipa. Jest po pierwszej w nocy, a ja mam nadal nie ufarbowane włosy. Ba! Żeby tylko! 
Prócz tego przypaliłam gazem swoją ulubioną łapkę do trzymania garów, bo w jednej ręce trzymałam laptop, a drugą smażyłam mięsko. A wszystko przez pewnego faceta, który jest tak zwykły, że aż niezwykły i ma żonę tak nieprzeciętnie przeciętną, że aż miło. Dziwnie brzmi? Ha! Ale taka jest prawda!

Maciek jest negocjatorem stulecia. Nikt tak jak, on nie przekona górali, że zgrzewka browarka na zapojkę to dobry pomysł, daję Wam słowo! Co mogę jeszcze powiedzieć, o panu fajnym? Ma charakter. Jak postanowi, że dziś nie da się zabić lawinie, a co najwyżej jutro, to zawsze dotrzyma słowa. Taki jest! Co prawda cierpi na chroniczną goń myślową i to w nocy, gdy powinien spać, ale i potrafi wyjaśnić jak samiec, dlaczego to snowbord budzi jego zaufanie, a nie narty.

Maciek jest wydawcą. Przed nim poważna życiowa decyzja. Niby już ją podjął, a nawet skonsultował z lekarzem, farmaceutą i własną żoną, ale do pełni szczęścia poszusowałby na swojej ukochanej desce, by w cholerę pognać cały związany z tym stres. Zrobiłby to, gdyby nie lawina, a właściwie dwie małe, wredne lawiny, które, skubane, uwzięły się na niego i pędząc, dyszą mu za plecami. 
Uciekając mężczyzna trafia do schroniska „Pod Lawiną”, gdzie może zrealizować swoje dziecięce marzenie. Zostaje prywatnym detektywem wkrótce po tym, jak znajduje nieboszczyka, który jest zimny jak cycek czarownicy. 
W schronisku mieszkają jego właściciele i ich goście. Kto okaże się mordercą? Jak to możliwe, że stało się niemożliwe?
Nie mogłam się dziś oderwać.
Lubię mieć komfort, gdy czytam. To dla mnie ważne. Gdy tekst mnie męczy i nie płynie, bez żalu rzucam go w kąt. Żeby czytało mi się dobrze, muszę czuć, że pisarz wie, o czym opowiada historię, że nie zmyśla - nie w sensie fabuły oczywiście, ale w opisie realiów. Nigdy nie byłam w górach – serio, serio! Nigdy nie jeździłam na nartach czy desce, ale czytając zatonęłam w klimacie. Niesamowicie się czułam. To było dla mnie prawdziwe. Rzeczywistość nigdy nie będzie przereklamowana w literaturze, jeśli będzie podana w sposób nieoczywisty. Postacie powinny odzywać się do siebie realnie, i zakląć jak trzeba dokładnie tak jak w tej książce. Lubię to. To jest prawdziwe, a historia im prościej opowiedziana, tym przyjemniejsza dla odbiorcy. Ten kryminał jest godzien polecenia. Bez przerysowań, zadęcia, sztuczności i GMO. Dobrze napisany. Poczujecie, że bohaterowie to Wasi serdeczni znajomi, nawet jeśli coś szmuglują. Przynajmniej niektórzy :)

Maciej Ślużyński: "Przypadkowy detektyw" 


poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Studenci.


Studenci
Jasna Cholera znowu malowała korytarz. Od parteru czuć było zapach farby, która właściwie była zmywalna i z grupy tych cudownych, co to do łazienki i kuchni powinny się nadawać a po przetarciu białą ścierką natychmiast wrócić do upragnionego bladoróżowego koloru. Swoja drogą, to ciekawe, dlaczego Jasna Cholera nigdy nie próbowała umyć ściany, tylko regularnie nakładała kolejna warstwę dokładnie w tym samym miejscu? Jej teoria spiskowa mówiła, że sąsiedzi z dołu palą w piecu czymś ohydnym, co sprawia, że ściany ciemnieją, bo przez cegły komina wytrąca się trujący osad. To pewnie dlatego cała akcja z malowaniem odbywała się w maseczce do szpachlowania i niebieskich gumowych rękawiczkach. O ile rękawiczki były ok, to już maska budziła uogólnioną radość mieszkańców kamienicy. Ktoś z drugiego piętra nawet zapytał kiedyś:
-Pani Jasna, co to u was grasuje ebola? - a ona bez zmrużenia okiem pokazała na pojemnik z farbą o wdzięcznej nazwie w rodzaju: 'róż jasny i radosny jak pupcia niemowlaka po kąpieli' i zabrała się do naklejania folii na podłogę, bo czego jak czego, ale jej myć nie lubiła nawet baba jagą, gdy nie musiała się schylać.

Blanka oczywiście wiedziała, że potencjalnie toksyczna substancja na ścianie to nic groźnego, ale do głowy by jej nie przyszło, by wziąć za to odpowiedzialność, albo co gorsza okazać choćby cień zawstydzenia. Nigdy o tym z Myszą nie rozmawiali. Właściwie to wcale nie rozmawiali o niczym, więc ten jeden temat też mógł im umknąć pośród tłumu innych. Mysza był wspólnikiem tej plamistej zbrodni ściennej.
Kiedy Blanka wynajęła pokój u Jasnej Cholery, czy raczej pani Heleny Jasnej, która miała na strychu duże mieszkanie do wynajęcia, a sama wspaniałomyślnie mieszkała na drugim piętrze, lecz regularnie i bez zapowiedzi nawiedzała swoich lokatorów sprawdzając, czy w pomieszczeniu nie świeci się więcej niż jedna żarówka na raz, Mysza już tam mieszkał. Dziwny to był wynajem. W mieszkaniu była kuchnia a w niej tylko elektryczny czajnik. Żadnej kuchenki, nawet mikrofalowej, „żeby ktoś nas nieopatrznie nie spalił”, jakby wszyscy na świecie, prócz Jasnej, byli idiotami. Zakaz gotowania dotyczył wszystkich mieszkańców wysokich pokojów zamkniętych na wielkie zabytkowe niemal klucze, samotnej matki z dwójką dzieci w pokoju na wprost, Mysza, który mieszkał na lewo i Blanki, która zajęła lokum po prawej. Wyjątkiem była woda z czajnika. Ale kuchnia to nie wszystko. Ponieważ stare budownictwo nie przewidziało ubikacji ani łazienki w mieszkaniu, były one dobudowane pod skosem na korytarzu, a skorzystanie z nich wymagało wyjścia z mieszkania. Po drodze w ukośnym dachu znajdowało się niewielkie okienko ze stojącą na parapecie peerelowską, kryształową popielniczką, wiadomym dowodem tego, że palenie w mieszkaniu było zbrodnią, a na wspólnym korytarzu już nie.
Stara popielnica była dla Blanki jak odpowiedź Boga na modlitwę o odrobinę normalności, oczywiście przy założeniu, że on też lubi sobie rano zapalić, toteż gdy tylko jej budzik rozwrzeszczał się pierwszego poranka w nowym lokum, naciągnęła na gołe ciało szlafrok, wsunęła kapcie i z fajką za uchem i zapalniczką w kieszeni poszła się dotlenić.

Na korytarzu uchyliła okienko i wpuściła trochę chłodu nim zapaliła papierosa. Oparła się o ścianę i wpatrywała w chmury przelatujące jak klatki filmu przez maleńkie okno. Gdy dotarła do połowy fajki i osiągnęła stadium warunkowego przebudzenia na korytarzu pojawił się Mysza. Miał rozczochrane blond loki do ramion i sińce pod oczami, jakby dopiero się położył, a nie wstał. Tak na oko sięgała mu do pasa, nic więc dziwnego, że wziął ją za jakąś nieopierzoną nastolatkę.
- Zajęłaś moje miejsce. - Palcem pokazał, że chodzi mu o widok nieba. Wzruszyła ramionami.
- Dzień dobry - odpowiedziała, by w ogóle się odezwać do typka spod ciemnej gwiazdy, który drapał się po fajnej owłosionej klacie, a także po to, by słysząc jej głos, niski i nie pasujący do metra i czterdziestu ośmiu centymetrów wzrostu zmiarkował się, że ma jednak do czynienia z osoba dorosłą.
- Zapomnij - warknął przyjemniaczek, ale zmiarkował się, że popełnił błąd w myśleniu. Stanął tuż przy niej i przykolegował się do popielniczki, którą trzymała w ręku. 
Nie wiedziała o czym ma zapomnieć, ale nie podobało się jej, że znowu jakiś fagas ma czelność mówić jej, co ma robić.
- Nie. - Nagle jakby się przebudziła. Oddała mu popielniczkę, zgasiła fajkę, rozwiązała szlafrok i pokazała mu cycki. - Bądź grzeczny, jasne? Jutro. - Tylko przełknął głośno ślinę, a ona weszła do mieszkania.
Od następnego ranka grzecznie przychodził „na fajkę” z gumką i posuwał ją ostro na ścianie, na wysokości własnych, a nie jej pleców produkując co dnia bardziej spoconą plamę na ścianie, a potem palili jednego na pół i każde wracało do swoich spraw. Jej przestał być potrzebny wibrator, który miała sobie kupić on line, ale za nic nie mogła dokonać wyboru. On zaczął uśmiechać się pobłażliwie słuchając opowieści kolegów o nowych nieudanych związkach. Życie zrobiło się prostsze.
I tylko ten cholerny tłusty pot na ścianie zamalowywany przez Jasną Cholerę przypominał im codziennie o tym, że rano, nim na dobre otwarli powieki, nim szara masa wchłonęła ich w niezmierzoną czeluść dnia, przez chwilę gnali do siebie, stapiali się z sobą i byli rzeczywistą do bólu namiastką jedynie erotycznej jedności. Poza tym, tak niewiele o sobie wiedzieli. No bo po co komplikować sobie proste, studenckie życie?